fbpx
Self-publishing czy wydawnictwo? Jak zrealizować marzenie i wydać swoją książkę
Artykuły,  Biznes i marketing,  Warsztat pisarza

Self-publishing czy wydawnictwo? Oto jest dylemat autora

Czy masz już swojego e-booka? Jeśli tak, być może zastanawiasz się, czy nie nadeszła pora na kolejny krok – wydanie własnej książki w tradycyjnym formacie. Skoro innym się udaje, dlaczego Tobie ma nie pójść?

Albo inaczej.

Maszynopis skończony. Bohaterowie dopieszczeni. Rozwój akcji zaskakuje. Kilkanaście wysłanych e-maili z propozycją książki. Nikt nie odpowiedział. Słyszysz od znanych blogerów, że wydawcy żerują na osobach z dużą liczbą fanów i szukają tylko tego, co się sprzeda. Zastanawiasz się, czy nie lepiej, zamiast czekać na łaskę innych, wziąć sprawy w swoje ręce i dołączyć do grona self-publisherów.

Ci wstrętni wydawcy…

Jeszcze niedawno self-publishing polegał na przepisywaniu tekstów przez kalkę (ręcznie, później na maszynie). Potem zaś rozdawało się swoją książkę wśród znajomych lub mniej znajomych. Teraz, gdy bez problemu można wykorzystać bezpłatne programy do składu (na upartego nawet w Wordzie da się „złożyć” książkę), a każde większe ksero oferuje usługi poligraficzne, wydanie swojej książki w tradycyjnym formacie nie wydaje się być już czymś tak trudnym i wyjątkowym. Jeśli ma się trochę więcej pieniędzy, można skorzystać z usług jednego z wydawnictw oferujących wydanie i sprzedaż książki, gdy autor poniesie koszty z tym związane.
Coraz częściej słyszę z ust influencerów (nazywam tak ogólnie osoby działające online i mające dużą rozpoznawalność, najczęściej dzięki swojej wartościowej pracy), że najlepiej wydać książkę samemu, bo wydawnictwa żerują na rozpoznawalności blogerów i chcą mieć łatwy zarobek dzięki nim, mało płacą, nie podejmują ryzyka związanego z wypuszczeniem na rynek nowego autora itp. Wiem, że takie twierdzenia nie wynikają ze złej woli, a raczej z niewiedzy, złych doświadczeń (swoich lub innych). Są one prawdziwe w tym sensie, że takie sytuacje mają miejsce, ale powodują złudne wrażenie u potencjalnych autorów, że wystarczy zbudować swoją markę i cyk, książki będą się same sprzedawać, a autor zostanie drugim Stephenem Kingiem albo J.K. Rowling. Na pohybel wydawcom – niech sczezną!
Pracuję w branży wydawniczej od ponad 15 lat i znam dobre oraz gorsze strony zarówno self-publishingu, jak i wydawania książek w wydawnictwie. Dlatego z kilkoma mitami chciałam się rozprawić i kilka prawd oczywistych, o których osoby niezwiązane z branżą nie zdają sobie sprawy, objawić. Tak, żeby wszyscy zastanawiający się nad swoją drogą wydawniczą, mogli podjąć dobrą dla siebie decyzję.

Po pierwsze: każde wydawnictwo chce mieć swojego Harry’ego Pottera i swoją Olgę Tokarczuk

Takiego autora i taką książkę lub serię, która będzie lokomotywą dla wydawnictwa, wieloletnim hitem i marką związaną z wydawcą. Wydawcy chcą wydawać książki, które będą się sprzedawać, to normalne w biznesie. Tak jak osoba sprzedająca mydła, swetry albo kursy online też chce, żeby się sprzedawały. Są książki, o których wiadomo, że będą kupowane, bo popularny jest jakiś format lub temat. Takie publikacje wydaje się w kilkunasto- lub nawet kilkudziesięciotysięcznych (licząc dodruki) nakładach, korzystając z chwili zainteresowania. Wiadomo również, że jeśli uda się przyciągnąć jakiegoś rozpoznawalnego już autora, łatwiej jest z promocją i znalezieniem klientów, zwłaszcza gdy autor ten ma swoich wiernych fanów. Ale, uwierzcie mi, każdy wydawca szuka swojego Świętego Graala. Książki, która będzie tylko jego, której pomysł inni będą kopiować (jak na przykład 50 twarzy Greya). Indiana „Wydawca” Jones jeździ w poszukiwaniu Graala na różne zagraniczne targi książki, sprawdza, co jest modne lub co zaczyna być modne. Gdy ktoś ma dobrego nosa, to wyprzedzi konkurencję i to jego będą kopiować. Nasz wydawniczy poszukiwacz zachęca również do przesyłania mu propozycji, bo szuka swoich autorów, czyli takich, którzy przyniosą zysk i rozpoznawalność nie tylko sobie, ale i firmie, wiążąc się z nią na dłużej i jej zawdzięczając popularność.

Gdy autor jest rozpoznawalny i ma swoich fanów, wiadomo, że część nakładu sprzeda się sama. Są wydawnictwa, które działają w ten sposób, przyciągając znane nazwiska i sprzedając produkt zwany książką, niezależnie od poziomu. Po pierwsze jednak, nie wszystkie tak działają i jest wiele takich, w których, jeśli osoba nie ma nic ciekawego do powiedzenia, a znana jest z tego, że jest znana, nic jej nie zaproponują. A po drugie, są też wydawnictwa, które owszem, wydają książki ze względu na popularność autora, ale dzięki temu mogą pozwolić sobie na ryzykowanie i wydawanie również książek, o których nie wiadomo, czy będą hitem, czy może nawet jeden nakład się nie wyprzeda. Ale próbują, bo wierzą w daną książkę i, jak pisałam wcześniej, szukają swojego Graala.

Po drugie: pokaż wydawcy, że nie jesteś jednym z wielu

Nie jest prawdą, że nikt w wydawnictwie nie czyta propozycji. Jedne częściej, drugie rzadziej, ale czytają. Tylko że większość nadsyłanych tekstów jest słaba lub wtórna. Mimo przekonania ich autorów o wyjątkowości. Jeśli uważasz, że Ty jesteś wyjątkowy – pokaż to wydawcy. To trochę jak z rozmową o pracę.

  • Zanim wyślesz cokolwiek do wydawnictwa, zapoznaj się z  jego profilem, bo może okazać się, że Twoja propozycja w ogóle nie pasuje do wydawcy. Nie ma sensu wysyłanie na pałę do wszystkich, licząc, że a nuż się uda.
  • Wybierz kilka wydawnictw, które wydają podobne książki do Twojej albo do których Twoja książka będzie pasować. Jeśli Twoja propozycja jest ambitna i artystyczna, mniejszy sens ma wysyłanie jej do wydawnictwa posiadającego w swojej ofercie książki marketowe, kioskowe, do przeczytania na raz. Mało prawdopodobne, że wzbudzisz wówczas czyjeś zainteresowanie. Książka ambitna to zawsze ryzyko. Niektóre wydawnictwa po prostu nie ryzykują.
  • Wysyłanie swojej propozycji z wiadomością o treści: „Lubię pisać różne rzeczy, może będą Państwo zainteresowani…”, „Opowiadam moim dzieciom bajeczki do snu i bardzo im się podobają, więc przesyłam Państwu”, „Moja mama uwielbia moje wiersze i uważa, że powinienem je wydać” już na wstępie zmniejsza szansę zainteresowania publikacją.
  • Zamiast tego w treści wiadomości można nawiązać do profilu wydawnictwa, pokazując, jak Twoja książka wpisuje się w wizję firmy; podpowiedzieć, że jakiś trend jest modny np. w Anglii, a Ty masz podobną propozycję po polsku i może warto być pierwszym na rynku; zaintrygować tematem, którego jeszcze nikt nie podjął – to naprawdę pomaga.

Po trzecie: wydanie książki blogera czy influencera to dla wydawcy wcale nie jest łatwy kawałek chleba

Taki autor zazwyczaj doskonale wie, czego chce. Ma wizję swojej książki i chce mieć jak największy wpływ na jej ostateczny wygląd. Trzeba jednak wziąć poprawkę na to, że o ile w self-publishingu jesteś sobie sterem i okrętem i odpowiadasz sam przed sobą za powodzenie lub klapę publikacji, o tyle w wydawnictwach, zwłaszcza tych większych, każda decyzja musi być umotywowana i nie podejmuje się jej na zasadzie: „bo mi się tak podoba”. Jeśli w procesie decyzyjnym bierze udział kilka osób (na przykład w pracy nad okładką), jeszcze jeden głos wcale nie pomaga w pracy. Poza tym wydawca nie sprzedaje swoich książek tylko na stronie lub w sklepie firmowym. Pokazuje ją hurtownikom, dużym sieciom, a osoby tam pracujące też mają swoje wizje na temat tego, co kupi klient i co warto promować. Tu już trudniej powiedzieć: „nie podoba się – nie kupuj”.

Z moich obserwacji wynika, że nieporozumienia na linii bloger – wydawca pochodzą z niedogadania się na samym początku. Bloger daje tekst i chce, żeby profesjonaliści przygotowali wydanie książkowe w jak najlepszej wersji, ma również nadzieję na dotarcie do innych klientów niż jego fani/czytelnicy. Wydawca chce mieć sukces sprzedażowy, ale również reklamę wśród fanów/czytelników blogera. Nie są oni jednak jedynymi klientami docelowymi, bo to mijałoby się z celem sprzedażowym. Fani blogera to minimum, a chodzi przecież o dotarcie do jak najszerszego grona odbiorców. Sama ilość lajków w większości przypadków nie jest głównym kryterium.

Są jednak przypadki, kiedy wydawca rzeczywiście liczy na to, że sam bloger zrobi mu sprzedaż. Można się zatem dopytać, jak wydawca chce dotrzeć do innych niż fani blogera klientów i m.in. na tej podstawie podejmować ewentualną decyzję o współpracy. Jeszcze inna rzecz, o którą warto zapytać przed podpisaniem umowy, to zakres, w jakim autor będzie miał wpływ na wygląd książki. Tu też często dochodzi do nieporozumień.

Bywa też i tak, że gdy jakaś znana osoba decyduje się wydać książkę pod swoim nazwiskiem (abstrahuję od tego, czy rzeczywiście ją pisze), wydawca mówi redaktorowi i innym ludziom pracującym przy publikacji niczym Maryja podczas wesela w Kanie Galilejskiej: „Zróbcie wszystko, cokolwiek Wam powie”. Jeśli jednak czytasz ten tekst, Ciebie to raczej nie dotyczy. Książka blogera wydana w konkretnym wydawnictwie to wypadkowa współpracy obu – im jest ona lepsza, tym lepszy jest produkt końcowy.

Jeśli wydawca nie chce wydać Twojej książki, na Twoich zasadach, nie znaczy to automatycznie, że się nie zna. Oprócz tego jest wiele innych powodów.
Być może Twój pomysł nie pasuje do jego profilu.
Być może wcale nie uważa Twojej książki za potencjalny bestseller. Może się tu mylić, ale wcale nie musi.
Być może nie chce ryzykować. Albo akurat jest w takiej sytuacji, że nie może zaryzykować.
Być może w jego przypadku przystanie na wszystkie Twoje warunki byłoby nieopłacalne.
Być może ma swoje zasady współpracy i nie chce robić wyjątków.
Być może właśnie pracuje nad podobną książką.

Po czwarte: Twoja wersja książki nie musi być wersją ostateczną

Rynek wydawniczy jest tak dynamiczny, że faktycznie, są wydawnictwa oczekujące gotowców, gdzie potrzeba ewentualnie korekty, i od razu po składzie można słać książkę do druku. Jednak w wielu wydawnictwach rola redaktora czy redaktora prowadzącego nie ogranicza się jedynie do znajdowania błędów i podpisywania się na ozalidach. Gdy temat Twojej książki jest interesujący dla wydawcy, uzna on, że masz dobry styl, to nawet jeśli przesłana propozycja nie jest, według niego, gotowcem, zaangażuje się w nią w osobie redaktora, który pomoże Tobie – autorowi dopieścić tekst i uczynić go najlepszym z możliwych. Owszem, zdarza się, że redaktor chce przerobić książkę i prowadzi autora w stronę, której on do końca nie akceptuje, ale w większości przypadków redaktor naprawdę wspomaga autora dobrymi podpowiedziami. Wysyłając tekst do wydawnictwa trzeba być przygotowanym właśnie na taką współpracę i taka jest, moim zdaniem, najsensowniejsza. Dobry redaktor potrafi tak poprowadzić autora, że ten wydobędzie ze swojego pomysłu to, co najlepsze. Tak właśnie pracowało i pracuje wielu wybitnych autorów. Jeśli zatem przekonasz wydawcę do swojego pomysłu, nawet z nieidealnym tekstem – jesteś już daleko z przodu na swojej drodze.

Po piąte: proces wydawniczy to nie samo napisanie książki

Można nawet powiedzieć, że w tym procesie pisanie jest jego najprzyjemniejszą częścią. Nawet Ci, którzy na self-publishingu zarobili miliony, głośno mówią o tym, o jak wielu rzeczach na początku nie mieli pojęcia (można poczytać o tym na przykład u Michała Szafrańskiego). W punktach, bez szczegółowego opisywania, wyliczę, co należy do procesu wydawniczego, gdy tekst jest już gotowy. Proszę nie zwracać uwagi na kolejność, bo wiele tych działań musi być wykonywanych równocześnie.

– Oszacowanie kosztów.
– Wybranie formatu książki, rodzaju oprawy (okładka, szycie, klejenie itp.), rodzaju i gramatury papieru.
– Redakcja tekstu, korekty (minimum dwie).
– Znalezienie ilustratora i praca z nim przy książce – jeśli jest taka potrzeba. Lub edycja zdjęć.
– Znalezienie drukarni i dogadanie z nią szczegółów.
– Zdobycie numeru ISBN (wydawcy zgłaszają się co jakiś czas do Biblioteki Narodowej o pulę numerów i z niej korzystają).
– Ustalenie layoutu książki, skład i jego kontrola.
– Kompozycja okładki.
– Cena końcowa uzależniona od kosztów.
– Akceptowanie do druku.
– Sprzedaż
– Promocja.

A po drodze co chwila coś się wydarza. Nie dziw się zatem, gdy wydawca proponuje Ci już jakieś konkretne rozwiązania, w oparciu o swoje doświadczenie. Gdy sam wydajesz swoją jedną książkę, możesz ją dopieszczać nawet i 5 lat. Ale jeśli Twoją książkę wydaje wydawnictwo, to chce ono na niej zarobić i przy 100, 200, 300 tytułach rocznie nie może sobie pozwolić na rozważanie każdego szczegółu. Są wydawcy, którzy drukują tylko w Polsce, w związku z tym pewne rozwiązania technologiczne odrzucają od razu, bo robi się je na przykład tylko w Chinach.

Na pewno chcesz za to wszystko odpowiadać? Nie zrozum mnie źle, da się to ogarnąć. Tylko zastanów się, czy na pewno masz czas i ochotę uczyć się wszystkiego od początku.

Po szóste: zadaj sobie pytanie, czy Twoja marka jest rzeczywiście tak silna, że będzie sprzedawać Twoją książkę

„Mam dużo lajków, to książka się sprzeda”. Albo: „E-booki (głównie w formacie pdf) sprzedają się jak nasiona chia, to i wydanie papierowe pójdzie”. Zrób badanie rynku, zapytaj swoich odbiorców, czy rzeczywiście zechcą kupić książkę. Podziel się pomysłem, fragmentem. Zbieraj opinie. Tak naprawdę na self-publishingu zarabiają tylko najsilniejsze marki osobiste. A i wtedy osoby te nie robią wszystkiego od A do Z, tylko zlecają, a więc ponoszą koszty zanim książka zostanie sprzedana. Masz wystarczające środki, żeby zaryzykować? Masz czas na dopilnowanie wszystkiego?

Po siódme: rozróżnij rodzaje książek i ich funkcjonowanie na rynku

Z badań wynika, że literatura piękna sprzedaje się lepiej niż literatura faktu, ale nie są to jakieś wielkie różnice. Oczywiście największą popularnością cieszą się zagraniczne hity. Wśród beletrystyki – kryminały, powieści obyczajowe. Wśród non-fiction – biografie. To, że ktoś kupił Twojego e-booka za 19,99 zł nie znaczy, że kupi wydanie papierowe za 39,99 zł. Mam wrażenie, że moda na e-booki (przede wszystkim w najprostszym formacie – pdf), zwłaszcza w dziale z poradnikami, spowodowała mylne wrażenie, że na książce da się świetnie zarobić. To znaczy da się, ale to nie jest regułą. Z moich obserwacji i anegdotycznych przykładów wynika, że jeśli jesteś autorem poradnika, możesz pokusić się o samodzielne wydanie książki szybciej niż autor powieści. (Self-publishing jest bardzo częsty w przypadku tomów poetyckich, ale tej sytuacji nie rozpatruję).

Co roku prowadzone są różne zestawienia najlepiej sprzedających się książek, w Polsce i na świecie. Są też tacy, którzy na różne sposoby sprawdzają, jakie książki stają się bestsellerami. Wiele hitów  wieku XX dziś nie znalazło by się na topce. Warto przejrzeć sobie różne zestawienia i zastanowić się, na jakiej półce stanęłaby Twoja książka. Wtedy dopiero można się porównywać, wyciągać wnioski itp. To, że ktoś przez rok sprzedał 20 tysięcy swojego poradnika nie oznacza, że Ty, nawet z silną marką osobistą, znajdziesz tylu nabywców na swoją powieść eksperymentalną. No chyba że ktoś ją sfilmuje. I zrobi to z powodzeniem. Wtedy możesz szybko stać się autorem bestsellera.

Po ósme: i w Polsce, i na świecie mało który autor żyje wyłącznie z pisania

Są dwa sposoby sprzedania swojego tekstu wydawcy: albo z przekazaniem autorskich praw majątkowych, albo z przekazaniem tekstu na licencję. W tym pierwszym przypadku otrzymujesz pieniądze raz i dotyczy to mniejszych tekstów, które wydawca może sobie później wielokrotnie publikować, oczywiście oznaczając Cię jako autora, ale już bez płacenia Ci wynagrodzenia. W drugim przypadku autor umawia się na jakiś procent od ceny książki, zazwyczaj tej, po której realnie książka jest sprzedawana. Czyli jeśli książka jest w promocji, to procent liczy się od promocyjnej ceny. Są oczywiście umowy na procent od sztywnej ceny, ale to zdarza się rzadziej. Także radość kupującego z niższej ceny książki wcale nie musi oznacza radości autora (choć może się zdarzyć tak, że promocja tak zachęci do kupna, że ostatecznie autor wyjdzie na plus). Licencja jest czasowa, a na samym początku autor dostaje zaliczkę i dopóki nie zwróci się ona wydawcy, autor nie otrzymuje wynagrodzenia z procentów. Nierzadka jest sytuacja, że zaliczka jest jedynym wynagrodzeniem autora ze sprzedaży książki.

Wynagrodzenie autora nie jest wynikiem jakichś haniebnych procederów wydawniczych. To po prostu zwykła kalkulacja. Im większa szanse na początku, że książka się sprzeda, tym lepsze warunki dla autora. Nie ma co liczyć, że debiutant bez nazwiska już na początku otrzyma wysoki procent ze sprzedaży. I znów – nie wynika to ze złej woli wydawców. Jak pisałam na początku – wydawnictwo, jak każda firma, chce sprzedać książkę i zarobić. Gdyby nie chciało, byłoby nie firmą a organizacją pozarządową, działającą pro publico bono. Wydawca musi opłacić: koszty wydania książki, honorarium, wynagrodzenia swoich pracowników i współpracowników, wynajem biura, kupno spinaczy i kartek do ksero itp. Jeśli ma się rozwijać, musi dbać o coraz większą sprzedaż. Gdy wydajesz książkę sam – ryzykujesz tylko Ty, ale również zarabiasz tylko Ty (po odliczeniu kosztów), jeśli książka okaże się hitem. Gdy wydajesz książkę w wydawnictwie – ryzykuje wydawca. Ty masz swoją zaliczkę i nawet jeśli ona się nie zwróci wydawcy, nikt nie będzie żądał od Ciebie zwrotu pieniędzy. Nie ma się o co tu obrażać i wygrażać wydawnictwu. I znów – są wydawnictwa, które dopieszczają swoich autorów i robią co mogą, w ramach kalkulacji biznesowej, żeby ich nie skrzywdzić. Są też takie, które, gdy autor nie potrafi zawalczyć, jak mogą obcinają mu honorarium. Nie należy natomiast od razu zakładać, że wydawca, tylko dlatego, że jest wydawcą, chce Cię wykorzystać. Gdyby tak było wyłącznie, nikt nie wydawał by książek w wydawnictwach tylko w ramach self-publishingu. Są autorzy, którzy z niezgody na nierówne traktowanie założyli wydawnictwa, gdzie wydają swoje i nie tylko książki. Myślę, że wielu z nich musi dużo kosztować (psychicznie, czasem finansowo) to, żeby działać ze swoim pierwotnym założeniem wychodzenia naprzeciw autorowi.

Co ciekawe, autorzy książek najwięcej zarabiają na: współpracach, ekranizacjach, reklamach, spotkaniach. Czyli wszystkim tym, co od pisania odciąga.

Po dziewiąte: nic nie jest czarno-białe

Gdybym znała realia wydawnicze tylko z wpisów blogerów rozczarowanych współpracą z wydawnictwami, na bank nie zdecydowałabym się na publikację swojej książki w tym tradycyjnym modelu. Nawet nie wiedząc nic o tym, jak się wydaje książkę, dążyłabym do tego, żeby zrobić to sama. Tylko że to, jak pisałam na początku, nie jest cała prawda.
1. Rozczarowanie blogerów może wynikać właśnie z niedogadania się na samym początku. Trochę się nie dziwię, bo jeśli robi się to po raz pierwszy, to właściwie nie wiadomo, o co pytać.
2. To prawda, że są wydawnictwa, w których działania w relacji z autorem wołają o pomstę do nieba. Kto pracuje w tej branży, anegdotkami może sypać jak z rękawa. Nie neguję, oczywiście, tego, co opisują blogerzy, bo wiem, że na 100% otrzymali takie, a nie inne informacje, zasady współpracy itp. I tak, są wydawnictwa, które (według relacji Michała Szafrańskiego) chcą doić autorów.
3. Tylko że rynek też się zmienia. Warunki niby wciąż dyktują najwięksi, ale w dobie marketingu online coraz częściej bestsellery wydają małe wydawnictwa. Często, jak pisałam wcześniej, są one zakładane przez samych autorów, którzy dość mieli wyzysku gigantów. Da się zatem wydać książkę w wydawnictwie, nie czuć się oszukanym przez wydawcę, widzieć, jak promuje on książkę, cieszyć się ze współpracy.
4. Zarzucanie wydawcom, iż nie znają się na promocji i sprzedaży jest wielkim nieporozumieniem (że tak oględnie napiszę). Gdyby tak rzeczywiście było – już by nie istniały. Oczywiście, jeśli chodzi o promocję w mediach społecznościowych, blogerzy są często z przodu. Głównie z tego powodu, że nie mają oni dostępu do tradycyjnych form promocji – na przykład w największej sieci sprzedającej książki. Radzą więc sobie w inny sposób. Ale gdyby nie mieli tych kanałów, to czy ze swoimi wartościowymi publikacjami dotarliby do tak wielkiej liczby odbiorców? Wydawnictwa, zwłaszcza duże, to ciężkie lokomotywy z wieloma wagonami, dla których obranie nowego kierunku wymaga więcej czasu niż dla zwrotnego samochodu osobowego. Teraz równie dobrze wykorzystują potencjał Internetu i sytuacja jest zgoła inna niż te 4 lata temu.
5. Gdyby wydawnictwa były rzeczywiście takie złe, to nikt nie chciałby tam publikować. Na czele z poczytnymi pisarzami, produkującymi co chwila bestseller (w sensie dosłownym, sprzedażowym), jak i tymi z wyższej półki, którzy zdobywają międzynarodowe nagrody. Z jakiegoś jednak powodu nie wydają swoich książek sami. Głównie dlatego, że, jak pisałam wyżej, tu nic nie jest czarno-białe.
Proszę, podchodźcie więc z dystansem i realną oceną do tematu współpracy z wydawnictwami i self-publishingu. Choć faktycznie oceny tej nie ułatwia fakt, że o ile wnioskami z self-publishingu blogerzy potrafią się podzielić, o tyle zasady współpracy autor – wydawca są niejawne i trzeba rozmawiać osobiście, żeby czegokolwiek się dowiedzieć.

Po dziesiąte: chłodna kalkulacja

Jak więc wydać książkę? Szukać wydawcy i liczyć, że, podobnie jak u J.K. Rowling, do trzynastu razy sztuka? Czy może budować markę osobistą i potem sprzedawać książkę swoim odbiorcom? Zanim zaczniesz narzekać na strasznych wydawców (to byłby niezły strój na Halloween, prawda?) i opiewać uroki self-publishingu, zastanów się, z czego jesteś w stanie zrezygnować, co możesz zaproponować, z jakimi zasobami przystąpiłeś do wydawania po swojemu, na czym sparzyłeś się podczas współpracy z wydawnictwem. Czytaj, rozmawiaj, negocjuj. Nic nie jest tu czarno-białe. Po prostu zrób rzetelną analizę i podejmij swoją decyzję. Pamiętaj też, że Twoja droga wcale nie musi być dobra dla innych.

Powodzenia!

Fot. Pixabay.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.