fbpx
Artykuły,  Internet,  Z życia wzięte

Język w służbie niemoralności

* Uwaga, tekst zawiera przekleństwa.

Najtrudniej było mi napisać wstęp do tego artykułu. Skoro bowiem język może być użyty w służbie niemoralności, to od razu pojawiło się pytanie o moralny status języka. Czy można w ogóle mówić, że język jest moralny lub nie? Potem przyplątała się z kolei wątpliwość odnośnie rozumienia pojęcia “moralność”, które nie jest przecież tożsame z “etycznością”. I tak dalej, i tak dalej… System na chwilę się zawiesił.
Na potrzeby tego tekstu przyjmijmy zatem, że “moralne” jest to, co zostało uznane za dobre przez społeczeństwo. Zaś język sam w sobie jest amoralny, czyli ani moralny, ani niemoralny. Jednak ponieważ język nie istnieje sam w sobie, a zawsze w użyciu, w jakimś sensie możemy mówić o jego moralności lub niemoralności. Sama zaś moralność, jak wykazywał Charles Taylor, jest możliwa tylko w języku i przez język. Nie ma czegoś takiego jak niema moralność.
Żeby więc uniknąć głowienia się nad metajęzykowymi rozważaniami, skupiłam się na tym, jak dzisiaj wykorzystujemy język w złych celach. Stąd też tytuł artykułu brzmi nie “Niemoralny język”, a “Język w służbie niemoralności”, czyli służący, bardzo ogólnie mówiąc, złym celom.
Podzieliłam te złe cele na trzy grupy:
1. Przekleństwa
2. Manipulacja
3. Projekcja negatywna

1. Przekleństwa

To ogólna kategoria wyrazów czy związków wyrazowych, w której wyróżnić możemy trzy grupy:
1. Przekleństwa właściwe
2. Wulgaryzmy
3. Wyzwiska
Przy czym to samo słowo może przynależeć do wszystkich grup. Ot, chociażby najbardziej popularne: “kurwa”.

Przekleństwa właściwe
Związane są z wyrażeniem emocji, zasadniczo puste treściowo. Czyli nie znaczą tego, co znaczą. Przekleństwem jest zarówno “kurwa”, jak i “o Boże”. Ponieważ przekleństwa wcale nie muszą być wulgarne.
Wulgaryzmy
One mogą (ale nie muszą) przekazywać jakąś treść. Ich moc polega na tym, że łamią jakieś tabu lub zakaz. Najczęściej związane są ze sferą seksualną, która chyba we wszystkich kulturach (proszę mnie poprawić, jeśli się mylę) jest obwarowana jakimiś tabu.
Wyzwiska
Przekazują treść, nie muszą być zaś wulgarne. Dotyczą konkretnej osoby lub sytuacji.
Zatem słowa “kurwa” możemy użyć jako wyraz naszych emocji (od złości po radość), jest zdecydowanie wulgaryzmem, który niesie treść i staje się wyzwiskiem, gdy skierujemy go w stronę jakiejś osoby.

Przekleństwa nie są niczym nowym w języku i warto zdać sobie sprawę, że kiedyś (to były czasy, a teraz nie ma czasów) wypowiadano “brzydkie słowa” równie często jak dziś. Było ich również więcej i miały bardziej zróżnicowaną strukturę niż te obecne. Jeżeli chodzi o język polski, to prof. Bralczyk wymienia pięć podstawowych wulgaryzmów, wokół których obecnie budowana jest cała reszta. Te podstawowe to: „chuj”, „pizda”, „jebać”, „pierdolić” i „ kurwa”. O ileż bogatsze słówotwórczo były te dawne, dobre czasy (w których nawet przeklinano lepiej, nie to co teraz). Polecam ten artykuł, jeśli interesuje Was owa tematyka. Ja tym czasem zacytuję jeden z przykładów: Mężczyźni nazywani byli najczęściej „szelmami”, „hundsfotami”, „kurewnikami”, „psiarzami”, „świniarzami”, „szalbierzami”, „tłukami” lub „machlerzami”.
Na bogato, nieprawdaż?

Słowa należące do ogólnej grupy przekleństw swoją siłę zawdzięczają dawnemu przekonaniu o magicznej mocy języka, jego wpływie na rzeczywistość. Dlatego też ich ogólna moc nie osłabła, co najwyżej zmieniły się konkretne wyrazy czy związki wyrazowe. Jeszcze w XIX wieku słowo “kobieta” było obraźliwe (więcej przeczytasz tutaj).

Przekleństwa czy wulgaryzmy nie są zatem błędami językowymi. Ich napiętnowanie wynika wyłącznie z norm kulturowych czy społecznych.

Obraźliwe było porównywanie kogoś do zwierząt, do wyznawców znienawidzonej religii czy grupy społecznej lub narodowej (żydek, francuzik, szwab, kacap, pies bisurmański). Przy czym to samo określenie mogło być odbierane jako pozytywne lub negatywne w zależności od intonacji i kontekstu. Można kogoś obrazić, porównując go do Francuza (zniewieściały, dbający tylko o wygląd) lub nobilitować (arystokrata, z dobrym gustem).

2. Manipulacja

Manipulowanie za pomocą języka oznacza używanie perswazyjnej funkcji języka, tak by osiągnąć u odbiorcy określoną reakcję. Przy czym manipulacja opiera się na tym, że wyrażana intencja nadawcy jest inna niż ta prawdziwa.

Czy reklama jest manipulacją?

Moim zdaniem nie, z jednym “ale”. Prawie wszyscy odbiorcy (zaraz wytłumaczę, dlaczego “prawie”) zdają sobie bowiem sprawę z tego, że reklama jest po to, żeby coś sprzedać. Znaną intencją reklamodawcy jest zatem chęć sprzedaży artykułu lub usługi. Reklama wykorzystuje oczywiście perswazyjną funkcję języka, odwołuje się do emocji (patrz: metafora), a im sprawniej używa tych narzędzi językowych, tym jest skuteczniejsza. Jednak jej cel jest jasny. To wyjaśnienie nie dotyczy jednej grupy: dzieci (lub osób o ograniczonej możliwości wnioskowania). Dlatego reklamy dla dzieci są obwarowane różnymi klauzulami moralności. Na przykład: “Zakaz umieszczania w reklamie bezpośrednich wezwań do kupowania reklamowanych produktów lub nakłaniania do tego rodziców znajduje się również w ustawie o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym. Ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji zakazuje ponadto odwoływania się do uczuć przez wykorzystywanie łatwowierności dzieci”. Inna sprawa, czy prawo jest respektowane (o dzieciach i reklamie można przeczytać w tym tekście. Powyższy cytat pochodzi właśnie z niego). W stosunku do tej grupy odbiorców reklama może być zatem manipulacją.

Programowanie neurolingwistyczne (NLP)

To chyba najpopularniejszy zbiór działań mających na celu wywarcie wpływu. Opierają się one na założeniu, że postrzegamy świat przez struktury językowe. Czyli język, jakiego używamy (nawyki językowe, pojęcia, ulubione słowa, metafory) mówi wiele o nas, a także język wpływa na to, jak postrzegamy świat (pisałam o tym trochę w tym artykule). Wzorce językowe, którymi posługuje się każdy z nas, to tzw. mapa, program, które wpływają na nasze działania. Jeśli więc uda się przeprogramować wzorzec, wówczas możliwa jest zmiana naszego postrzegania świata i działania w nim (więcej można przeczytać na tej stronie). Stąd bierze się przekonanie o sile afirmacji, związanego z nią efektu placebo, podkreślanie, że to, jak mówimy do dzieci i o dzieciach ma na nie ogromny wpływ. Metoda NLP wywodzi się z praktyki kilku amerykańskich terapeutów, którą wzięli na warsztat lingwista John Grinder i psycholog Richard Bandler. Nie wnikam tu w zarzucany tej metodzie brak naukowości i potwierdzenia w badaniach. Jest jednak ona na tyle silna w terapii, coachingu, reklamie, że nie da się obok niej przejść obojętnie. Jeden z jej modeli – model Miltona – to w dzisiejszych czasach oczywista oczywistość w tworzeniu reklamy.

Model Miltona powstał na podstawie obserwacji praktyk terapeutycznych Miltona Ericksona, znanego z leczenia hipnozą. Podczas swoich seansów używał on bardzo określonych formuł, które legły u podstaw tego najbardziej znanego modelu. Wszystkie one należą do perswazyjnej funkcji języka. A są to m.in.:
– metafory,
– cytaty,
– presupozycje.
O metaforach i tym, jak wpływają na odbiorcę już pisałam. Użycie cytatu, w dużym skrócie, ma doprowadzić do tego, by słuchający odebrał go jako zdanie o sobie. Przytoczenie czyichś słów, pozornie nie wywierające wpływu, sprawia, że odbiorca czyni je swoimi i według nich zmienia swój program (tak to podobno działa). Bardzo ciekawe są natomiast presupozycje i o nich chcę opowiedzieć więcej.

Założę się, że nie zapamiętacie tego akapitu

Presupozycje (przedrozumienie) to takie konstrukcje językowe, które wprowadzają do komunikatu ukryte przed odbiorcą założenie – ma ono wywrzeć jakiś wpływ, sprowokować do określonego działania. Nie jest to pomysł NLP – w filozofii pojawił się już w XVIII wieku. Szczegółowe omówienie możecie znaleźć w podlinkowanym tekście.
Najprościej rzecz ujmując, chodzi o to, że w zależności od tego, jak zbudujemy naszą wypowiedź, możemy uzyskać inny efekt jej zrozumienia. Nieistotne jest w tym przypadku, jak my rozumiemy ten komunikat, ale jak zrozumie go odbiorca.
Pewnie się domyśliliście, że tytuł tego akapitu niesie ze sobą jakiś podprogowy przekaz. Otóż dla naszego mózgu “nie” jest słowem drugoplanowym. Można powiedzieć, że nie słyszy on tej partykuły. “Nie patrz w tamtą stronę” – słyszymy, a co robi nasz mózg? Kieruje nasze oczy właśnie w TAMTĄ stronę. Żeby bowiem zrozumieć, co znaczy “nie patrzeć”, w naszej świadomości musi pojawić się idea patrzenia i wszystkiego, co z nią związane. Dopiero potem pojawia się zaprzeczenie, ale odruch już zrobił swoje – popatrzyliśmy. Dlatego wszelkie rady typu: “nie myśl o nim”, “nie skacz”, “nie płacz” są jednak bezsensu. Zwłaszcza kierowane do dzieci, których mózg dopiero się kształtuje i to, co podświadome jest znacznie silniejsze niż uświadomione. Stąd też liczne porady, by w rozmowie z dzieckiem zamieniać słowo “nie” na pozytywne komunikaty albo tworzyć zakazy bez tej partykuły. Zamiast “nie skacz” – “przestań skakać”, “zejdź z kanapy”, “usiądź” (bo dzieciom trzeba też podpowiedzieć zamiennik niepożądanego działania).
Inną ciekawą presupozycją jest ta dotycząca następstwa czasowego. “Kiedy zjesz już obiad, dostaniesz słodycze” – zakłada, że obiad zostanie zjedzony. “Czy pójdziemy na kawę po podpisaniu umowy?” – zakłada, że umowa zostanie podpisana.
Z kolei “spinacze” to słowa łączące dwa zdania, które sprawiają, że to pierwsze niejako traci na ważności. Na tym polega m.in. wbicie komuś szpili: Jesteś wyjątkowo inteligentna, mimo że masz pryszcze”. Co mają pryszcze do inteligencji? Nic. Czy ważniejsze są pryszcze, czy inteligencja? Wiadomo, że to drugie. A jednak gdy usłyszymy coś takiego, automatycznie zaczynamy zastanawiać się nad stanem naszej twarzy, bynajmniej nie inteligencji. Do spinaczy należą też: ale, bo, podczas x będzie y.
To tylko kilka przykładów. Konstruowanie swojej wypowiedzi w ten sposób może wspomagać chociażby rozmowę terapeuty z pacjentem. Ale w wielu przypadkach jest stosowane w niecnych celach – w biznesie, w relacjach. NLP jest wykorzystywane na przykład do skutecznego podrywania. Kilka koleżanek opowiadało mi, jak to w zupełnie niespodziewanym miejscu, na przykład na przejściu dla pieszych, zagadywał je nieznajomy chłopak, prawiąc jakiś komplement. I odchodził. Ale nie za daleko. Chwilę później znów się zjawiał, niby przypadkiem, a dziewczyna była zazwyczaj chętna do rozmowy. Jej umysł bowiem skupiony był na pozytywnym komunikacie, który otrzymała, w związku z tym również ona była nastawiona pozytywnie do jego nadawcy. Bardzo często takie podrywy mają jeden cel – wyrwać laskę, pokazać sobie, że się potrafi i zostawić ją. Pora na następną. Tu właśnie język służy niemoralności. Podobnie bywa z rozmowami biznesowymi. Przy czym tu akurat świadomość takich praktyk jest na tyle duża, że coraz trudniej je stosować.
W relacjach prowadzi to z kolei do ogromnej nieufności – czy rzeczywiście ta osoba myśli to, co mówi, czy chce sprowokować mnie do jakiegoś działania? Czy zależy jej na mnie, czy na moich pieniądzach? Chcielibyśmy, żeby ludzie byli z nami szczerzy.
Warto jednak zauważyć, że szczerość wcale nie musi się tak bardzo opłacać. Komunikaty wprost o tym, że ktoś chce zarobić na swoim produkcie bywają bowiem odbierane jako wciskanie produktu/usługi i powodują negatywną reakcję. Z trudem przychodzi nam nie lubienie bycia oszukiwanym. Wolimy to od jasnego postawienia sprawy. Taka prawda, niestety.
Manipulacja zatem to problem nie tylko nadawcy, ale i odbiorcy, dla którego potrzeba czucia się dobrze jest silniejsza od potrzeby autonomii w decyzjach.

Ukryta manipulacja

Bywa też i tak, że perswazyjną funkcję języka wykorzystujemy w relacjach w dobrych celach. Tak nam się przynajmniej wydaje, gdy tymczasem dopuszczamy się manipulacji. Często sięgamy po książki dotyczące sprawnej komunikacji – czy to tej w związku, czy z dziećmi, czy z klientami. Uczciwie wykonujemy ćwiczenia, stosujemy określone zwroty itp., a jednak nie działają one za każdym razem. Rodzi się wówczas frustracja, że coś robimy nie tak. Tylko że druga osoba nie jest robotem. I wcale nie musi zareagować na naszą perswazję tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Nasza reakcja na to, że owa funkcja nie wywołała oczekiwanego efektu ujawnia intencję, z jaką nadawaliśmy swój komunikat. Jeśli chcieliśmy naprawdę nawiązać relację, może nam być smutno, że nie jest tak jak chcieliśmy, ale przyjmujemy, że druga osoba ma prawo do swojej reakcji. Natomiast frustracja i złość mogą wskazywać na to, że pod płaszczykiem zrozumienia i empatii chcieliśmy zmanipulować kogoś. Przykład takiego działania podał w swojej książce Porozumienie bez przemocy. O języku serca Marshall Rosenberg, twórca NVC (Nonviolent Communication – Porozumienie bez przemocy. O tej metodzie przeczytacie na stronie dotyczącej NVC. Polecam). Gdy jakiś ojciec skarżył się, że metody i komunikaty podane przez Rosenberga podczas warsztatów nie działają w jego rodzinie, ten zapytał go, czy rzeczywiście chciał zrozumieć swoje dziecko, czy tylko osiągnąć swój cel…

3. Projekcja negatywna

W 1954 roku amerykański psycholog Gordon Allport stworzył “piramidę nienawiści“, na której określił kolejne stopnie prowadzące do szczytu, jakim jest przemoc wobec jakiejś grupy ludzi.
Na samej górze jest eksterminacja, czyli masowe, planowe niszczenie.
Przed eksterminacją są akty przemocy fizycznej, takie jak pobicia, wandalizm.
Przemoc fizyczną poprzedzają akty dyskryminacji, czyli nierówność w prawie, prześladowanie.
Nieco wcześniej zaś jest unikanie, kiedy na przykład zrywa się relacje z sąsiadami.
Zaś wszystko zaczyna się od… słownego braku akceptacji.

Chciałam napisać, że “mam wrażenie”, ale właściwie to mam pewność, że większość z nas nie ma pojęcia, jak bardzo słowa wpływają na naszą rzeczywistość. Nawet jeśli jesteśmy przeciwnikami mowy nienawiści, to tę samą nienawiść słowną okazujemy wobec naszych oponentów. Mam chyba to szczęście, że wśród moich znajomych są bardzo różne osoby. I gdy tylko wybucha w naszym pięknym kraju jakiś konflikt, moją tablicę na Facebooku zalewają skrajne fale komentarzy. Z jednej strony czytam o psychopatach myśliwych, w dodatku ślepych, którzy strzelają do wszystkiego, co się rusza, nieważne, czy dzik, czy dziecko. Z drugiej strony czytam o ekoterrorystach, którzy gotowi są zabić człowieka w imię ochrony przyrody i pochylają się nad pieskami, a nie zauważają przymierających głodem sąsiadów. Na mowę nienawiści odpowiadamy tymi samymi słowami. Mój wrodzony optymizm nie pozwala mi widzieć przyszłości w ciemnych barwach, a jednak realnie widzę, że jest coraz gorzej.

Musimy bardzo mocno zdać sobie sprawę z tego, że to, jakich określeń używamy wobec drugiej osoby ma wpływ na to, jak ją postrzegamy. Niewinna złośliwość może zamienić się we wzburzoną falę nienawiści. Zupełnie niechcący, przypadkiem, obok. A potem dziwimy się bardzo, że przecież my tak nie myślimy, to nie my, my tolerujemy, ale… (“ale” to też taki spinacz, który unieważnia zdanie przed nim…). Przykład całkiem niewinny i na czasie dotyczy popularnego ostatnio określenia “madka”, “bombelek”, odnoszący się do głupich, roszczeniowych matek i ich rozwydrzonych dzieci. Tylko że powolutku, cichuteńko te określenia zaczynają poszerzać swój krąg znaczeniowy i obejmować wszystkie matki i wszystkie dzieci. Zwłaszcza w świadomości osób, które dzieci nie mają (ani własnych, ani w bliskiej okolicy). O tym, jak niepostrzeżenie się to dzieje możecie przeczytać na stronie mataja.pl: trzy badaczki przyjrzały się tematowi i ich spostrzeżenia są dla mnie zatrważające. Szczerze – jeśli macie cokolwiek zapamiętać z tego tekstu, to proszę, żeby to był ten linkowany artykuł!

Bycie świadomym użytkownikiem języka prowadzi do tego, że naprawdę zastanawiamy się nad tym, jak i co mówimy, nie tylko pod kątem poprawności językowej. (Można bowiem mówić pięknie i być złym człowiekiem). Mimo że już mało kto wierzy w magiczną moc języka, on nadal ma wpływ na nasz świat i nasze w nim funkcjonowanie. Niezależnie od tego, czy się z tym zgadzamy, czy nie. Warto czasem zastanowić się, czy przypadkiem mój język nie służy niemoralności, a więc temu, co jest złe.

Bibliografia:

Maciej Grochowski, Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów, Warszawa 1995. (Wywiad z profesorem tutaj).
Słownik polszczyzny rzeczywistej, Łódź 2011.
Uprzedzenia w Polsce, Warszawa 2015. (Do przeczytania tutaj).
Jerzy Bralczyk: słuchajmy się nawzajem, wywiad z prof. Jerzym Bralczykiem przeprowadzony przez Romana Wojciechowskiego, “Przegląd” 2017 (do odczytania tutaj).

Fot. Pixabay.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.