fbpx
Jak czytać mądrze i nie dać się nabić w butelkę
Artykuły,  Biznes i marketing,  Język,  Kultura,  Literatura,  Z życia wzięte

Jak czytać mądrze i nie dać się nabić w butelkę

Cóż, żyjemy w czasach algorytmów, botów i farm trolli. Jak więc czytać mądrze? Podaję kilka punktów, na które warto zwracać uwagę i przy których powinna nam zapalić się lampka ostrzegawcza.

Tekst ten jest nieco rozszerzonym zapisem krótkich lekcji, którymi dzieliłam się w mediach społecznościowych i na kanale Wianków Słów na YouTubie.

Jeśli chcesz Krótką instrukcję, jak czytać mądrze, zapisz się na newsletter w pełni Wiankołaki.

Wysyłam go raz w miesiącu i zawsze dołączam specjalny dodatek dla subskrybentów.

W styczniu jest to graficzne podsumowanie artykułu – w sam raz na ściągę-przypominajkę.

Po zapisie masz też od razu dostęp do wszystkich wcześniejszych dodatków.

Artykuł jest długi, więc zapisz go sobie w przeglądarce, czytaj po kawałku, przetraw i wracaj do kolejnych części.

PRAGNIENIE CAŁOŚCI

Cała historia ludzkości – wszystko to, co nazwiemy kulturą, literaturą i nauką – jest nieustanną próbą wytłumaczenia świata w całości.

Człowiek jest tak skonstruowany, że tej całości potrzebuje do życia – zarówno jako jednostka, jak i społeczeństwo. Potrzebuje widzieć sens i jakąś spójność – w swoim bycie jednostkowym oraz jako członek wspólnoty.

O tym, jak bardzo to ważne, może świadczyć, że jednym z objawów choroby depresji , jest poczucie niedopasowania, nieadekwatności oraz zbędności. Człowiek rozpada się na kawałki – jednostkowo i społecznie. Jest to tak bolesne doznanie, że może doprowadzić nawet do śmierci.

Dlatego od zarania dziejów ludzie tworzą historie, które opisują świat i ogarniają go w całości. Nawet jeśli w tych opowieściach nie ma wszystkiego (bo być nie może), to zostawiają one furtkę na nieprzewidziane okoliczności. Jedną z takich furtek jest przekonanie o nieznajomości boskich planów lub o nieobliczalności bóstw. Niektórzy bóstwa zamieniali na przeznaczenie, los lub przypadek.

Ludy księgi

Można wręcz powiedzieć, że wszystkie ludy są zaiste ludami księgi – rozumianej jako spójny obraz świata jako całości.

I tak przez wieki powstawały kolejne księgi: Wedy, mity greckie, filozofia starożytna i nowożytna, mitologie konkretnych ludów (z Ameryki Północnej, Południowej, Australii, Syberii itp.), Biblia, Koran, Kroniki Galla Anonima, Boska Komedia, Wielka Encyklopedia Francuska, Fenomenologia ducha, Manifest Partii Komunistycznej,  Mein kampf, dekonstrukcjonizm, Krytyka dialektycznego rozumu, fizyka. We wszystkich tych „księgach” próbowano i próbuje się na nowo opisać świat, w zgodzie z nowymi przekonaniami.

Oczywiście nie chodzi o to, że dzieła literackie czy ruchy społeczne, filozoficzne czy jakiekolwiek inne, które oferują nam wizję całości, są z gruntu fałszywe i manipulacyjne. Tak po prostu działa człowiek, próbując znaleźć swoje miejsce w świecie.

Po pierwsze, właśnie o tym trzeba pamiętać, gdy czytamy lub słuchamy na nowo przepisywanej historii świata, w zgodzie z jakimiś założeniami pojedynczych osób lub grupy.

Po drugie, jeśli ktoś pisze historię ludzkości od nowa i przekonuje nas, że to już ta, ostateczna wizja całości, innej nie ma, ta jest prawidłowa – możemy być pewni, patrząc na przeszłość, że jest w błędzie. Że za 50 lat pojawią się nowe badania, nowe odkrycia, nowe rozwiązania i okaże się, że z takim pietyzmem budowany gmach całości rozpadnie się.

Po trzecie zaś, do manipulacji dochodzi, gdy ktoś wydarzeniom czy zachowaniom z przeszłości nadaje sens ze względu na założoną tezę lub na podstawie współczesnej nauki czy normy.

Przykładem takiej manipulacji wobec historii są chociażby starożytne czy średniowieczne kroniki. Wydarzenia w nich podawane są prawdziwe, ale przedstawiane w bardzo konkretnym celu i z założoną interpretacją – pokazując świat, w którym wszystko dąży to tego, by panował ten władca lub ta dynastia.

W podobny sposób dokonuje się przepisywania historii kobiet, dość często pewne kulturowe zachowania nadinterpretowując z dzisiejszego punktu widzenia. Na przykład bliskie relacje przyjaciółek przedstawia się jako relacje lesbijskie, bo kobiety zwracały się do siebie pieszczotliwie albo mieszkały razem lub podróżowały. To akurat moja działka, więc rzuca mi się w oczy ilość potencjalnych związków lesbijskich, które przypisuje się zwłaszcza artystkom i działaczkom z przełomy XIX i XX wieku. Nie bierze się jednak pod uwagę ani sposobu bycia kobiet np. w XIX w., ani słownictwa itp. Co nie znaczy oczywiście, że część z tych relacji nie miała intymnego podłoża wynikającego z orientacji seksualnej. Podchodzić do tych rewelacji należy bardzo ostrożnie, bo zazwyczaj możemy sobie tylko gdybać.

Do manipulacji ze względu na całościową wizję świata dochodzi również, gdy zachowania, postawy kulturowe z przeszłości poddaje się dzisiejszemu osądowi moralnemu. Tu przykładem jest chociażby próba reinterpretacji tzw. lektur szkolnych w duchu dzisiejszego rozumienia praw człowieka. Ci, którzy chcą wyrzucenia W pustyni i w puszczy z powodu rasizmu, sami zachowują się jak kolonizatorzy. Kolonizują oni przeszłość, dawną kulturę i sposób rozumienia świata – w swojej wyższości stwierdzając „Sienkiewicz był rasistą”, „oni narzucali swój sposób życia i rozumienia świata podbitym krajom Trzeciego Świata”. I robią to samo, co owi „oni” – narzucając im swoją wizję świata, zamiast zrozumieć, skąd brała się taka, a nie inna postawa.

Przy czym nie chodzi tu o usprawiedliwianie każdego zachowania, ale o zobaczenie go w kontekście. Wówczas nadal możemy się nie zgadzać, może nas to dziwić, możemy chcieć mówić o tym, jak inaczej widziano godność człowieka w XIX wieku, nie kolonizując i zawłaszczając przeszłości swoją wizją.

Także pamiętaj, gdy słyszysz, że ktoś z ogromną pewnością przekonuje, jak myśleli ludzie kiedyś, jak żyli i dlaczego, narzucając historii swoją perspektywę i na tej podstawie tworząc swój obraz świata, dokonując osądu, a nie tylko opisu – możesz być pewny, że jest to obraz nie całościowy, a tej konkretnej osoby i prędzej czy później popadnie w zapomnienie, a jego miejsce zajmie nowy, lepszy, bardziej awangardowy.

My oczywiście wybieramy, która z tych wizji całości do nas przemawia, w której się odnajdujemy, z którą się zgadzamy. Trudność polega jednak na tym, że nie ma takiej możliwości, by wszyscy ludzie na Ziemi wyznawali te same wartości. Co też wcale nie znaczy, że możliwość dogadania się nie istnieje. Zawsze w czymś możemy się zgodzić.

To, że całościowa wizja świata wspólna dla wszystkich ludzi wszystkich wieków jest niemożliwa, nie świadczy jednocześnie, że nie należy jej szukać. I znów – historia kultury i literatury pokazuje, że próby takie są nieustannie podejmowane.

Tak po prostu skonstruowany jest człowiek, a kultura, religia, sztuka i literatura są znakami tej tęsknoty za całością.

PRAGNIENIE PRAWDY

 „Poznajcie prawdę, a prawda Was wyzwoli” (J 8,32)

„Cóż to jest prawda?” (J 18,38)

Te dwa biblijne cytaty idealnie pasują do dzisiejszych rozważań o pragnieniu prawdy i potrzebie wiedzy tego, „jak jest” (to też cytat, tylko już nie biblijny 😉 ). Na początku wstęp psychologiczno-antropologiczny. Pewnie dla wielu z Was oczywisty, ale niech tam…

Pragnienie prawdy i związane z nim pragnienie całości (o którym pisałam wyżej) są wyrazem ogólnoludzkiej potrzeby bezpieczeństwa. Kiedy żyjemy w świecie, który jakoś da się przewidzieć, choć nie jest idealny, czujemy się w miarę spokojnie. Utrata poczucia bezpieczeństwa nieuchronnie prowadzi do strachu. Brak kontroli nad naszym życiem powoduje, że zaczynamy zachowywać się irracjonalnie, bo nie wiadomo, skąd nadejdzie niebezpieczeństwo. A że strach jest bardzo silną emocją i w nadmiarze mocno destrukcyjną, to za wszelką cenę staramy się ów strach wyeliminować. Więc szukamy… prawdy, która przywróci ład, kontrolę i poczucie bezpieczeństwa.

Przy czym ten ład nie oznacza świata, w którym jest nam dobrze. On oznacza to, że nawet jeśli czujemy się w nim źle, to przynajmniej jest dla nas przewidywalny, więc wiemy, jak się zachowywać. To dlatego osoby będące w przemocowym związku tak trudno z niego wychodzą, to dlatego powszechna jest wiara w teorie spiskowe, mimo że według nich świat, w którym żyjemy nie jest dobrym miejscem, bo rządzą nami: Żydzi, masoni, Opus Dei, Bill Gates, Amazon, Wladimir Putin, Watykan, Chińczycy, pedofile itp., można tu wstawić cokolwiek. Gdy jednak znam wroga, wiem, jak z nim walczyć albo jak się zachować, żeby przeżyć.

Problem pojawia się, gdy go nie znam. A już największy problem powstaje, gdy okazuje się, że żadnego wielkiego, ogólnoświatowego wroga nie ma i wszystko to kwestia przypadków, powiązań, konfliktów, relacji, odpowiednich wydarzeń itp. Nie, tego nasz umysł nie lubi. My potrzebujemy wizji całości, prawdy i chcemy wiedzieć, jak jest.

Od roku widzimy to bardzo wyraźnie. Tłumaczenia naukowców, że pandemia to wynik mutacji wirusa, któremu udało się przedostać ze zwierzęcego żywiciela na człowieka, wywołuje nie uspokojenie, a… strach. No bo jak to. Jak to się stało? Jak jednemu wirusowi to się udało, to kolejnemu też może. A od czego to zależy? Naukowcy mówią, że nie wiadomo? Och nie, to znaczy, że to może znów się zadziać. Nie mamy kontroli. Alarm! Alarm! I wtedy wchodzą na biało teorie spiskowe i świat znów staje się logiczny i przewidywalny w potocznym rozumieniu. Bo bądźmy szczerzy – to, że coś jest wytłumaczalne przez naukę wcale nie świadczy o tym, że jest to zrozumiane przez większość. I nie ma się co obrażać i obrażać innych, że nie rozumieją. Człowiek nie jest w stanie zrozumieć i nauczyć się wszystkiego. Między innymi dlatego potrzebne jest zaufanie specjalistom (o tym napisałam jednym z kolejnych akapitów), które trochę zwalnia nas ze zrozumienia wszystkiego i wiedzy na każdy temat. Zaś na tych specjalistach ciąży ogromna odpowiedzialność. A że człowiek jest człowiekiem, a nie ideałem, to to zaufanie czasem bywa nadwyrężane, a potem to już z górki…

Prawda i fikcja w literaturze

Czasami do akcji włącza się też literatura i na jej przykładach możemy sobie sprawdzić, jak działa manipulacja prawdą. Pisarze też potrafią wjechać na białym koniu swojej „prawdy”. Są tacy, którzy tę swoją „prawdę” traktują jako część fikcji literackiej, a są tacy, którzy tworzą fikcję literacką na użytek swojej „prawdy”.

Bardzo dobrym przykładem jest tu porównanie dwóch bestsellerowych kryminałów: Umberto Eco Imię róży i Dana Browna Kod Leonarda da Vinci. Te powieści są zresztą często do siebie porównywane, a tekst Browna nazywa się „Eco dla ubogich”. To oczywiście wartościujące, więc nie będę w to brnąć.

W obu powieściach mowa jest o jakiejś „prawdzie”, którą stara się ukryć Kościół katolicki, mamy do czynienia z tajemniczym morderstwem, są bezlitośni i antypatyczni strażnicy „prawdy” oraz Sherlock Holmes w różnych odmianach – niemniej z podobnym poziomem uważności, drobiazgowości i umiejętności analitycznych. Oba teksty zekranizowano.

Powieść Eco to, oprócz kryminalnej opowieści, wybitny tekst literacki, odczytywany na różne sposoby, inspirujący, kryminalno-filozoficzny, otwarty na interpretacje. Powieść Browna to tekst literacki mający na celu doprowadzić czytelnika do jednej prawdy. Obaj autorzy nie kryli się ze swoim podejściem.

Umberto Eco mówił jasno (to była jego pierwsza powieść): chciałem napisać powieść, przyszedł mi do głowy pomysł, że chcę zabić mnicha – wokół tego skonstruowałem cały świat powieściowy, a ponieważ trochę wstydziłem się pisać, ukryłem się za tajemniczą postacią mnicha Adso z zaginionego rękopisu. Tekst autora Dopiski na marginesie „Imienia róży” w polskim tłumaczeniu jest dołączany do tekstu głównego (swoją drogą, lekturę tej książki polecam od tych właśnie dopisków). Eco daje możliwości interpretacji swojego tekstu, nie zawłaszcza jego odczytania, jest zaciekawiony tym, co ludzie z jego książki wynoszą. Gdy jest złapany na jakiejś nieścisłości fabularnej lub historycznej – nie wypiera się jej. Czasem się z niej tłumaczy (jak np. z historycznej postaci inkwizytora, która z realną osobą nie ma za wiele wspólnego), czasem sam jest zaskoczony nieścisłością i interpretacjami, które z niej wynikają. Choć pojawiają się głosy, że jest to książka o smutnym Kościele katolickim, który potępia radość, sam autor ani nie daje podstaw do takich interpretacji, ani się z nimi nie zgadza, choć je zauważa i też przyznaje im racje bycia.

Dan Brown równie jasno mówi o tym, dlaczego pisze swoje powieści:

Sercem moich powieści jest pytanie, czy Bóg przeżyje naukę. (…) Mnie samego interesuje, czy w przyszłości bogowie przeżyją. Odnośnie technologii, niektórzy mówią, że nauka nas wyzwoli, pozwoli uporać się z takimi problemami jak np. przeludnienie. Inni uważają, że technologia nas zabije, że sztuczna inteligencja okaże się większym geniuszem niż człowiek i uzna, że jest on niepotrzebny. Trudno powiedzieć, jak będzie, ale wydaje się mi, że będzie jednak dobrze – że technologia rozwiąże wiele problemów. I ja byłby tu optymistycznie nastawiony do przyszłości.

Wywiad z Danem Brownem

Kod Leonarda da Vinci i inne powieści autora, napisane w sprawny i atrakcyjny sposób, mają za zadanie przedstawić jedno: w obliczu faktów wiara w bóstwa, a co za tym idzie instytucji religijnych, nie może się uchować. U Browna nie ma otwartości na interpretacje, nie ma pytań, nie ma też odniesienia się do przeinaczeń podawanych w słynnych Faktach na początku swoich książek. Brown ma tezę, którą, w swoich powieściach, systematycznie i spójnie wyjaśnia, okraszając „watykańskim spiskiem” i używając struktur manipulacyjnych, żeby wzbudzić zaufanie w czytelniku. Oczywiście również może być tak, że Brown używa samych struktur manipulacyjnych, uderzając w czułe struny ludzkich potrzeb, by na żyznej glebie spisku stworzyć po prostu dobrze sprzedający się kryminał.

To, że autorzy mają takie, a nie inne poglądy, to zupełnie naturalne. Każdy jakieś ma. Problem pojawia się, gdy owe poglądy przedstawia się jako prawdę, okraszoną „faktami”, a wszelkie próby jej podważenia kwituje się stwierdzeniami , które można sprowadzić do słynnego już „wyłącz TV, włącz myślenie”.

 Imię róży to po prostu powieść. Kod Leonarda da Vinci to aż odkrycie prawdy o rządzących światem siłach.

Problemem, przynajmniej dla mnie, jest posługiwanie się różnymi formami manipulacji. Brown bowiem, w przeciwieństwie do Eco, nie ujawnia swojego warsztatu. A gdy przyjrzeć się bliżej tekstowi, okazuje się, że jest on utkany z manipulacyjnych konstrukcji, które mają w czytelniku wywołać wrażenie „prawdziwości”.

I tu wraca temat specjalistów. Nie jesteśmy w stanie sprawdzić wszystkiego. Brown swój sukces zawdzięcza tym, którzy nie sprawdzają i tym, dla których własne odczucia i przemyślenia są ważniejsze niż naukowe analizy czy rzetelnie podane fakty.

Tak, nie jestem jego fanką. Bynajmniej nie dlatego, że źle mówi o Kościele katolickim, ale właśnie z tego powodu, że przedstawiając swoje teorie, opiera się na manipulacji, a jego wszystkie książki są właśnie w ten sposób skonstruowane: zasypię Cię, czytelniku, faktami, wydarzeniami itp., niektórymi prawdziwymi, innymi nie, jeszcze innymi odpowiednio zinterpretowanymi – wszystko po to, byś skończył nawet nie jeśli na okrzyku „ależ to prawda!”, to co najmniej na refleksyjnym „a co, jeśli to prawda?”.

I tak od intencji autora, a potem jego umiejętności tworzenia opowieści, zaczyna się wiara w spiskową teorię dziejów. Dlaczego tak ważne jest zobaczenie tego? Bo w bardzo podobny sposób konstruowane są wszelkie teorie spiskowe. Bazują one na zestawianiu pewnych podobnych zdarzeń i tworzeniu z nich ciągu przyczynowo-skutkowego. A jeśli akurat jakieś wydarzenie nie pasuje, to nagina się je do owego ciągu.

Korelacja to nie kauzacja

Tymczasem, jak mówi królowa polskiej statystyki, czyli Janina Daily, „korelacja to nie kauzacja”, a ilość zjedzonych lodów nie ma związku przyczynowo-skutkowego z ilością utonięć. Mimo to taką kauzację w teoriach spiskowych i w wielu tekstach, w których ktoś chce nam „powiedzieć prawdę” bardzo często się stosuje. W Kodzie Leonarda da Vinci jest to szczególnie widoczne.

Gdy więc czytamy książkę z literatury pięknej, tekst w gazecie bądź na jakiejś stronie, słuchamy lub oglądamy film z napisami na żółtym tle – tam gdzie oferuje się nam jakąś ukrytą i dotąd pilnie strzeżoną przez złe moce prawdę, niech od razu zapala nam się w głowie lampka ostrzegawcza.

Umberto Eco nigdy nie twierdził ani nie sprawiał wrażenia, jakoby posiadał jakąś wiedzę tajemną. Dan Brown również nie mówi tak wprost, a jednocześnie nie odcina się od tego wrażenia i widać, że jest mu z tym dobrze i taką ma strategię. Nic dziwnego – dzięki niej stał się autorem bestsellerów.

Umberto Eco mówił: o rany, faktycznie, dopisałem coś, a zapomniałem, że potem jest fragment, który temu przeczy (a redaktor tego nie wyłapał) lub: świadomie zmieniłem obraz tego i tego, bo było mi to potrzebne do mojego świata przedstawionego.

Dan Brown mówi: to przecież fikcja literacka, a zresztą, nie wiadomo, czy to nie jest prawdą, bo ten i ten (których tekst również został zakwestionowany przez historyków) mówią, że…, więc co, jeśli to prawda?

Mam nadzieję, że widzisz różnice.

Jak mówił Hans Urs von Balthasar, wybitny niemiecki teolog, „Prawda jest symfoniczna” – jest jedna, ale prowadzą do niej różne drogi i na różne sposoby się o niej mówi, uwypuklając niektóre z jej elementów. To, że nie mamy dostępu do prawdy obiektywnej, znów, nie oznacza, że mamy z poszukiwania jej zrezygnować. Trzeba tylko nieustannie odróżniać to, co do owej prawdy przybliża, a co oddala.

EKSPERCI

Od zawsze w społecznościach ludzkich byli ludzie, którzy wiedzieli więcej. I to oni wyjaśniali świat. Różnie ich nazywano – szamanami, magami, wiedzącymi, opowiadaczami, fizykami, naukowcami, filozofami, nauczycielami itp. To kolejne zupełnie normalne zjawisko w naszym ludzkim (choć nie tylko) świecie.

Jesteśmy podatni na wpływy tego, kogo uważamy za autorytet. Nic więc dziwnego, że eksperci są pożądani wszędzie tam, gdzie trzeba coś potwierdzić. Czasem jednak kończy się to niezbyt dobrze.

W tekście Prawdziwa historia… czyli jak literatura wpływa na życie opisywałam historię książki naukowej z lat 60. wyjaśniającej źródła bajki o Jasiu i Małgosi. Cała opowieść okazała się wymysłem dziennikarza-satyryka, który chciał sprawdzić, kto się nabierze na jego paranaukowe bujdy (podobny eksperyment zrobił w latach 90. Alan Sokal, o którym będzie dalej, fizyk, który do naukowego pisma wysłał tekst filozoficzny w stylu postmodernistycznym, użył tam wielu mądrych terminów, a tak naprawdę w całości był jednym wielkim bełkotem – artykuł czasopismo wydrukowało…). Wielu się nabrało. Co dla nas ważne, Hans Traxler, żeby uwiarygodnić swoją historię, umieścił w książce profesora (nawet dał jego zdjęcie), który potwierdzał ustalenia autora. Gdy cała mistyfikacja wyszła na jaw, Traxler wyznał, że nie ma takiego profesora, a na zdjęciu jest on sam, tylko w przebraniu. No ale autorytet profesorski potwierdził ustalenia.

Czy jednak w ogóle mamy nie wierzyć profesorom?

Zanim dojdziesz do tak, jednak absurdalnego, wniosku, warto, żebyś zdał sobie sprawę z pewnych kulturowych przekonań, w których tkwimy. Gdy słyszysz określenie „człowiek renesansu”, pewnie od razu przychodzi Ci na myśl Leonardo da Vinci. Człowiek wielu talentów. I właśnie ów mit Leonarda jest tym problemem. O ile kilkaset lat temu w jakimś stopniu możliwe było bycie specjalistą w wielu dziedzinach (często różnych), o tyle dzisiaj jest to mało prawdopodobne.

Mamy tyle dokładnych informacji, a nauka tak się wyspecjalizowała, że bycie ekspertem w jednej dziedzinie naprawdę nie upoważnia do wypowiadania kategorycznych sądów w innej. Na przykład w sprawie działania wirusa SARS COV-2 lepiej wierzyć wirusologowi niż fizykowi kwantowemu, nawet temu z Nagrodą Nobla.

I nie chodzi tu nawet o ilość przyswojonych informacji. Massimo Pigliucci w książce Bujda na resorach. Jak odróżnić naukę od bredni podaje przykład szachistów. Najlepsi to ci, którzy spędzili na grze najwięcej godzin oraz mają zdolność nie tyle przewidywania kolejnych ruchów (jak komputer), ile z doświadczenia, patrząc na planszę, są w stanie wywnioskować, w jakim kierunku potoczy się gra. Podobnie z naukowcami – nie chodzi tylko o ilość informacji. Te można przyswoić. Chodzi przede wszystkim o doświadczenie i umiejętność syntetyzowania (czyli łączenia i wyciągania wniosków) owych informacji.

Dobrym przykładem są lekarze, którzy nie lubią wypowiadać się na tematy spoza swojej specjalizacji. Owszem, jakiś tam kierunek wskażą, ale chirurg-okulista, choćby najlepszy, nie przeprowadzi z marszu operacji na sercu.

Nie da się zatem być specjalistą od wszystkiego, ponieważ mamy ograniczoną możliwość ogarniania w ten sposób wszystkich dziedzin nauki. Sprawdzaj zatem, jaki specjalista mówi o danej sprawie.

Niektórzy jednak wydają się być takimi specjalistami

A sprawiają takie wrażenie dzięki temu, że używają wielu mądrych słów. Jest nawet takie określenie „wiedza-władza”, opisujące wywieranie wpływu właśnie przez tworzenie wrażenia „bycia specjalistą”. To jednak kolejna pułapka.

Wspomniany już Alan Sokal wraz z matematykiem Jeanem Bricmontem napisali książkę Modne bzdury. O nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów. Jeśli nie czytałeś nigdy tekstów postmodernistycznych intelektualistów, to musisz wiedzieć, że są one upstrzone wymyślnym słownictwem i czyta się je naprawdę ciężko. Gdy zaczynałam swoją przygodę z nimi, musiałam je czytać co najmniej czterokrotnie, żeby zrozumieć, o co chodzi.

Autorzy Modnych bzdur wzięli na warsztat te fragmenty, w których owi intelektualiści mówili o czarnych dziurach, modelach matematycznych itp., uzasadniając tym swoje pomysły na opisanie kondycji człowieka i świata.

Okazało się, że postmoderniści nie wiedzą, co czym mówią, przytaczając dowody na poparcie swoich tez z nauk ścisłych. W książce jest wiele ciekawych przykładów. Co ciekawe, jej autorzy nie tyle domagają się nie używania tychże pojęć fizycznych czy matematycznych w tekstach humanistycznych, ile traktowanie ich jako metafor, jeśli nie mają odzwierciedlenia w stanie faktycznym.

I jeszcze jeden mit, w którym tkwimy. A właściwie pewna niedająca się zasypać szczelina. Do oświecenia panowało przekonanie, że nauka i religia to dwa uzupełniające się sposoby mówienia o świecie. Od oświecenia zaczyna się rozdział nauki i religii, który doprowadza w końcu do rozdzielenia poznania naukowego od poznania intuicyjnego, a nawet uczynienia z tych dwóch rodzajów spoglądania na rzeczywistość wrogów. Albo jesteś racjonalny, albo irracjonalny. Od oświecenia mamy to pęknięcie, z którego potem wynikała dychotomia rozum – wiara. Przy czym, wbrew temu, co przedstawia się w szkole, ani w starożytności, ani w średniowieczu, ani w renesansie, ani w baroku nie było takiej dychotomii. Stawiano inne akcenty, owszem, ale nie robiono opozycji między oboma rodzajami opisywania świata.

No ale mleko się rozlało i teraz my zbieramy tego owoce, słysząc z jednej strony o nauce, która zabija, a z drugiej o szarlatanach, którzy zabijają. Nie stawiam znaku równości między lekarzem-onkologiem a Jerzym Ziębą. Zwracam tylko uwagę na to, że są takie zjawiska, których nauka nie potrafi jeszcze wyjaśnić (a może nigdy nie wyjaśni) i nie należy wylewać dziecka z kąpielą, odrzucają wszystko, co w tym momencie nie jest naukowo udowodnione. Nauka również idzie do przodu, również naznaczona jest błędem.

Słuchając ekspertów, warto podchodzić do ich wypowiedzi pozytywnie (z założeniem, że akurat na tej działce się znają), mając jednocześnie z tyłu głowy, że może być coś więcej niż to, o czym mówią.

ŹRÓDŁA

Skąd wiemy, że to, w co wierzymy, uznajemy za prawdę, rzeczywiście nią jest? W nauce ważne są źródła, badania. Ale te, jak wiemy, również można zafałszować lub zgodnie z założoną tezą zinterpretować.

Bardzo często nie zdajemy sobie również sprawy z tego, że pewne nasze przekonania są skutkiem… sprawnej strategii marketingowej. Nie wierzysz? Poczytaj, skąd wzięła się historia Mikołaja z białą brodą i czerwoną krasnoludzką czapką; czy rzeczywiście różowy była zawsze dla dziewczynek a niebieski dla chłopców; czy matematyczny wzór wyliczający najbardziej depresyjny dzień w roku (Blue Monday) ma w ogóle sens; czy mitologia Słowian jest tak bogata jak ta grecka.

Przede wszystkim warto więc weryfikować nasze przekonania – ich pochodzenia.

Źródła w literaturze

Uciekanie się do wymyślonych źródeł nie jest niczym nowym i niespotykanym w literaturze.

Umberto Eco Imię róży, jak już pisałam, rozpoczął od, na pierwszy rzut oka rzeczywistej, historii i tajemniczej księdze, którą miał w ręku i na podstawie której napisał swoją powieść. Przy czym od razu po wydaniu powieści jasno powiedział, że napisał taki wstęp dla rozgrzewki i głównie z tego powodu, że jako historyk i krytyk literatury wstydził się trochę, że chciał napisać powieść i stworzył sobie alibi.

Jorge Luis Borges swój zbiór opowiadań o książkach, które nigdy nie istniały, a w których pełno detali, innych tytułów, dat, miejsc i numerów stron, zatytułował Fikcje. Nikt więc nie szuka tych pozycji w bibliotekach.

Czasami jednak są tacy, którzy szukają i dopiero autor musi wyprowadzać z błędu, jak to się stało z Dean Koontz, który wymyślił The Book of Counted Sorrows i umieszczał ją w akcjach swoich powieści. Potem był wypytywany przez czytelników, bibliotekarzy i księgarzy, gdzie można znaleźć tę pozycję. W końcu autor, chyba zdziwiony, wyjaśnił, że to fikcja, a on założył, że czytelnicy zorientują się, że w wymyślonym świecie umieścił wymyśloną książkę.

Podobnie, dla swoich celów beletrystycznych, tajemniczą księgę Abdula Alhazreda Necronomicon wymyślił H.P. Lovecraft. Potrzeba czytelnicza zrodziła zaś realne książki o tym tytule – w większości powstałych dla żartu, choć były i takie, o których głoszono, że to prawdziwe „prastare księgi”.

Fikcja w fikcji jest jak najbardziej uprawniona. Gorzej, jeśli autor powieści stwarza wrażenie autentyczności, zarzuca czytelnika faktami (bądź czymś, co nazywa „faktami”) i prowadzi do odbioru fikcji jako prawdy. To jest manipulacja (o której w ostatniej części) i jej na przykład dopuszcza się Dan Brown w swoich książkach.

Specjalista

Jeśli czytasz tekst, w którym ktoś powołuje się na źródła, to najpierw sprawdź, kto go napisał. Czasami bowiem ktoś cytuje/powołuje się na źródła, nie mając bladego pojęcia, co w nich naprawdę jest.

Podam przykład trochę ze swojej działki. W średniowieczu był taki teolog-mistyk – Mistrz Eckhart. Pod koniec życia został oskarżony o herezje i spalony na stosie. Eckhart, co ważne, pisał głównie po łacinie i trochę po niemiecku. Na przełomie XIX i XX wieku niemieckimi pismami Eckharta zainteresowali się ówcześni intelektualiści – pisarze, filozofowie i na ich podstawie zaczęli wysnuwać różne tezy dotyczące poglądów Mistrza. Oczywiście na plus mistrza, a na niekorzyść Kościoła. Wiadomo. W XX wieku porządnie przebadano łacińską i niemiecką część twórczości Eckharta. Okazało się, że błędne wnioski z tekstów mistyka wyciągnęli zarówno inkwizytorzy, jak i moderniści. Dlaczego? Bo czytali urywki, a nie całość.

I czasem tak jest z powoływaniem się na źródła, że nie znając całości, autor opiera się na jakimś fragmencie i z niego wyciąga fałszywe wnioski. Specjalista zaś z danej dziedziny raczej takiego błędu nie popełni, bo ma ów ogląd całości, o którym pisałam wcześniej.

Autor jednak nie musi być naukowcem w danej dziedzinie (zwłaszcza jeśli to tekst popularnonaukowy), ale może się na niej dobrze znać, być pasjonatem. Warto wówczas sprawdzać, co jakich źródeł sięga i na czyim autorytecie się opiera.

Swoją drogą, warto też wiedzieć, że teksty eksperckie, takie rzetelne, pisze się (a czasem  z tego powodu również czyta) bardzo długo. Autor bowiem sprawdza różne ścieżki, odwołania, odwołania do odwołań itp. Zgłębia temat, żeby nie napisać czegoś niezgodnego ze stanem faktycznym itp. Podaje kontekst, inne rozwiązania, polemiki.

Uogólnienie i szczegóły

I tu kolejna ważna rzecz. Jeśli w jakimś tekście widzimy tylko ogólne odwołanie do źródeł, w dodatku poprzedzone takimi wyrażeniami jak: mówi się; wiadomo, że; wszyscy wiedzą, że – trzeba być bardzo uważnym. O tym, jak działają te wyrażenia, przeczytasz w ostatniej części tego tekstu.

Wiarygodne źródła dają się zweryfikować. Nie są jak cytaty z Internetu. Nie chodzi tu o to, że od razu trzeba podawać cały adres bibliograficzny, ale jeśli wpisując w wyszukiwarkę tytuł podawanego źródła znajdujemy tylko powielony przez innych autorów tytuł, a nie docieramy do samego tekstu – coś tu jest bardzo nie tak.

I znów podam przykład.

W Internecie chodzi lista antykobiecych cytatów z pism Ojców Kościoła. Tak się składa, że znam grekę koine i łacinę, w których owi Ojcowie pisali, więc mogłam sobie zweryfikować te wypowiedzi. Po pierwsze: część z nich nie ma w ogóle podanego tytułu dzieła, z którego pochodzą. Części cytatów nie ma w tych dziełach, w których niby mają być. A kilka jest wyrwanych z kontekstu i faktycznie brzmią strasznie, po czym okazuje się , że zupełnie nie o to autorowi chodziło. Na przykład przytaczany cytat Klemensa Aleksandryjskiego  o tym, że kobieta powinna się wstydzić, że jest kobietą (z Pedagoga – dzieła nie przetłumaczonego w całości na polski, ale jest po łacinie, angielsku, francusku i niemiecku, również w sieci), dotyczy bekania przy stole i w kontekście mówi o tym, że nie powinno się bekać przy stole, a kobieta to już w ogóle powinna się tego wstydzić z racji tego, że jest kobietą. Nie tego, że jest kobietą, tylko bekania, które nie przystoi kobiecie. Oczywiście z tym bekaniem nie musimy się dziś zgadzać, ale przyznasz, że z kontekstem ów mizoginistyczny fragment wcale nie brzmi tak źle?

Należy jednak uważać na skrajność. Autor tekstu owszem, może podawać wiele źródeł, ale tak wiele, że wszystkich ich prawdziwości nie jesteśmy w stanie zweryfikować. To odmiana wiedzy-władzy. Zasypię Cię, czytelniku, faktami, długimi opisami, mądrymi terminami, żebyś uznał, że mówię prawdę.

STRUKTURY JĘZYKA

Jedną z funkcji języka (czyli powodu, z którego w ogóle używamy języka) jest jego funkcja perswazyjna. A stosuje się ją po to, żeby kogoś do czegoś przekonać.

Używamy jej na co dzień, w sytuacjach prywatnych i zawodowych. Nic w tym zdrożnego, nic nadzwyczajnego.

Funkcja perswazyjna języka jest jednak ulubioną przez wszystkich marketingowców, polityków, manipulatorów, dyktatorów, rodziców – jednym zdaniem wszystkich tych, którym zależy na tym, by odbiorca komunikatu zrobił coś po ich myśli.

Używają do tego różnych środków językowych – w mowie i w piśmie. Specjaliści od języka dzielą te językowe środki perswazji na różne grupy. Podziałów jest tyle, ile specjalistów. Ja opiszę kilka z tych struktur na podstawie podziału Awdiejewa (Systemowe środki perswazji). Ale nie przywiązuj się do tego opisu.

Chodzi o to, żebyś zwrócił uwagę na to, jak przez użycie takich, a nie innych wyrażeń można wpływać na odbiorcę. A jeśli ktoś powie: „Ha! Znam te sztuczki. Nie nabieram się na nie!”, to ja odpowiem: „Aha. To myśl tak dalej i żyj złudzeniem, żeś na to odporny…”.

Perswazyjne struktury języka, które mają zresztą swoje głębokie zakorzenienie w kulturze, działają przedrefleksyjnie. Reagujemy na nie nieco jak pies Pawłowa na dzwonek. Oczywiście gdy zastanawiamy się nad tym, co usłyszeliśmy, jesteśmy w stanie częściowo ten odruch opanować. Ale bądźmy szczerzy, zastanawianie się nad każdym usłyszanym lub przeczytanym zdaniem doprowadziłoby nas w końcu do szaleństwa…

Warto jednak od czasu do czasu zastanowić się nad przekazem, jaki słyszymy lub czytamy. Również w ten sposób wyostrza się nasza intuicja i wówczas bez jakiejś dużej analizy jesteśmy w stanie wyczuć, że ten nadawca to akurat tak żongluje słowami, żeby odpowiedni efekt w nas wywołać. No a wtedy nadstawiamy uszu i przyglądamy się baczniej. Oczywiście nie musi to od razu być coś złego – jeśli wyniesiemy z tego korzyści to świetnie. A jeśli okaże się, że ktoś manipuluje – z czystym sumieniem machamy ręką na pożegnanie (albo i nie).

Wyrażenia, które blokują weryfikacje, a wzmacniają tę ocenę, na której zależy nadawcy:

wiadomo, że; mówi się, że; dobrze wiesz, że; mówiąc szczerze; jak się okazało; nie uwierzysz, że

Wyrażenia, które wywołują efekt obserwatora, a przez to wzmacniają w odbiorcy przekonanie o prawdziwości komunikatu:

wyobraź sobie, że; jak widzisz; nagle; tuż tuż oraz różne chwyty retoryczne (np. używanie odpowiednich metafor)

Wyrażenia, które zmieniają hierarchię układu informacyjnego, przez co podkreślają te fragmenty, które nadawca uważa za najważniejsze:

w piśmie: właśnie, zwłaszcza

w mowie: akcenty logiczne, intonacja

w układzie treści: cały UX tym się zajmuje – wyboldowanie tekstu, nagłówki, umieszczanie najważniejszych informacji po lewej stronie tekstu, na początku, układ strony internetowej

Wyrażenia, które wzmacniają funkcje pragmatyczne, czyli sprawiają, że mamy pewność skuteczności opisywanego działania:

absolutnie; zupełnie; całkowicie; na sto procent; mów, co chcesz

To wszystko nieliczne przykłady, ale pokazują, że z funkcją perswazyjną języka mamy do czynienia na co dzień i sami używamy niejednokrotnie tych wyrażeń. Jednak zazwyczaj czynimy to nieco automatycznie, nie zastanawiając się specjalnie, jak działają te środki językowe.

Co innego Ci, którym zależy, żeby ich wypowiedź wywołała określoną reakcję – przede wszystkim przynosząca korzyści nadawcy, często również odbiorcy, ale nie zawsze.

Oni akurat bardzo często wiedzą, jak używać perswazji i jak działa język o wiele lepiej niż przeciętny jego użytkownik. Widać to zwłaszcza w tych wszystkich programach, które używają programowania neurolingwistycznego (NLP) – czyli takiego działania słowem, żeby wywołać konkretną reakcję. W sieci można znaleźć już wiele opowieści byłych kursantów „kursów podrywu”, opisujących czego ich uczono i jakie reakcje podrywanych kobiet mieli wywoływać.

W dodatku oprócz tych podanych już wyrażeń, osoby używające perswazji w celach marketingowych, manipulacyjnych czy propagandowych przywołują na pomoc inne moce (przepraszam, ale właśnie na bieżąco czytamy i oglądamy z dziećmi Harry’ego Pottera i tak mi się napisało). To emocje i stereotypy.

Jedna dygresja: nie mam nic przeciwko marketingowi. Sama czytam różne rzeczy z tej branży i zastanawiam się, jak mogę je wykorzystać do rozpropagowania mojej strony. Jeśli wszystko jest jasne dla obu stron – to znaczy „ja sprzedaję – ty kupujesz” – to to jest OK. Nie OK zaczyna być, marketing staje się manipulacją, a tak się dzieje coraz częściej, gdy wzbudza się w odbiorcy przekazu marketingowego fałszywą potrzebę, dorzuca się do tego strach (jeśli nie kupisz, nie schudniesz/nie wygrasz/nie zyskasz klientów) oraz poczucie winy (wykorzystywanie case study na zasadzie: popatrz, on dał radę, a Ty co?).

I tak ładnie z dygresji zrobiło się przejście do emocji. Podobno (tak twierdzą spece od marketingu i niektórzy nawet podpierają się badaniami naukowymi), najsilniej działają na odbiorców strach, złość i radość. Potem te właśnie emocje próbują w nas wywołać copywriterzy swoimi tekstami. A zatem: śmieszne historie; wywoływanie lęku, że coś nas ominie; wywoływanie lęku przed oceną; wywoływanie złości na jakieś zjawisko/osobę itp. Duże firmy wydają ogromne pieniądze na badania nad zachowaniami konsumentów. Małe firmy próbują naśladować zagrania tych większych, i czasem im się udaje, a czasem nie (dużym firmom zresztą tak samo). Odwoływać się do emocji na podstawie rzeczywistych wartości, które niesie firma/marka/produkt jest trudno. Łatwiej manipulować emocjami.

O manipulowaniu za chwilę. Chcę jeszcze opowiedzieć o stereotypach. One łączą się z emocjami. Ich użycie trafia w punkt i wywołuje odpowiednią reakcję. Oczywiście trzeba też wiedzieć, do kogo z tymi stereotypami startować. Bo jeśli w tekście na portalu prawicowym użyje się wyrażeń „dobra zmiana” i „komuch”, to będą one miały zupełnie inny wydźwięk niż te same pojawiające się na portalu lewicowym. O księżach można mówić dobrze i źle – o klechach tylko źle. O dzieciach można mówić dobrze i źle – o bachorach tylko źle. Itd.

A najlepiej wywołać tę pożądaną emocję na początku tekstu. Wtedy intencja, z jaką czyta się z pozoru niewinne fakty jest już odpowiednio ustawiona.

Jeśli chodzi o literaturę, doskonałym przykładem manipulacji przez wywołanie emocji jest przywoływany już przeze mnie Kod Leonarda da Vinci. Ale też w doskonały sposób emocje wykorzystał Prus w Lalce w pierwszym rozdziale, ustawiając od razu stosunek czytelnika do głównego bohatera (pisałam o tym w tekście Lalka” – powieść miłosna, w której nikt nikogo nie kocha. Lekcja 1: W poszukiwaniu głosu Izabeli, a mówiłam w podcaście Jak zachwyca, w odcinku Lekcja 1: “Lalka” – powieść niemiłosna). Z tym że u Prusa to nie była manipulacja.

No dobrze, jaka jest więc różnica między manipulacją a perswazją? A jest jeszcze propaganda… Podam bardzo uogólnione rozróżnienia, ale jednak pozwalające uchwycić istotę tych trzech zjawisk. (Korzystałam z tego artykułu).

Stosując perswazję nadawca komunikatu w otwarty sposób stara się nakłonić odbiorcę do działań, które obu przyniosą korzyść. Na przykład wszyscy wiemy (z jednym wyjątkiem), że w reklamie firmie chodzi o to, żeby przekonać nas do kupna ich produktu. I pokazują go w taki sposób, żeby trafić w potrzeby klienta – wtedy klient ma to, czego chciał, a firma zarobek.

Zarówno perswazja, jak i manipulacja mają za zadanie wywołać jakieś działanie w nadawcy.

Manipulacja ma jednak ukrytą intencję. Nadawca chce uzyskać korzyść głównie dla siebie, ale przekazuje treść tak, by odbiorca myślał, że „jemu zależy”. Na manipulacji opierają się owe „kursy randkowania”, gdzie celem jest nie poznanie drugiej osoby, ale stanie się „ogierem randkowym”. Zadania dla kursantów mają jeden cel – podrywaj nie dla osoby, ale dla efektu „zdobycia”. Wszystkie szantaże są manipulacją, bo odwołują się do silnej emocji, jaką jest strach. Podobnie komunikowanie o końcu promocji w stylu: „kup, bo inaczej Twoje marzenie się nie spełni/przegrasz/umrzesz itp.”.

Przyznam szczerze, że coraz bardziej jestem skłonna uważać za manipulacyjne takie działania marketingowe, które za pomocą darmowych treści mają na celu przywiązać odbiorcę do siebie i niejako „wymusić” na nim zostania klientem. Nie wszyscy oczywiście tak robią, ale jeśli widzę poradę, by przestać w pewnym momencie kierować darmowe treści do tych, którzy nie stają się klientami – to to jest dla mnie manipulacja. Bo nie daję dlatego, że uważam ów akt dawania za wartość, tylko dlatego, że chcę osiągnąć jakiś efekt, korzystny dla mnie (zarobienie pieniędzy).

Propaganda, podobnie jak perswazja, jest jawna. Przynosi korzyść odbiorcy i nadawcy, ale jej rezultatem jest nie tyle działanie, ile zmiana postawy, zmiana poglądów. Propaganda również jest bardzo związana z emocjami – głównie strachem – oraz ze stereotypami. Jest silniejsza, im częściej jej przekaz pojawia się w przestrzeni publicznej jako główny. Dlatego takim zagrożeniem dla propagandy jest Internet i również dlatego ci, którzy stosują propagandę starają się ową sieć okiełznać dla swoich celów (na przykład tworząc odpowiednie algorytmy). Także zastanówcie się czasem, dlaczego widzicie takie, a nie inne treści w Internecie.

W utworach muzycznych jest CODA, więc i ja ją zastosuję

Jak czytać mądrze i nie dać się nabić w butelkę? Przede wszystkim – zaczynaj od siebie. Sprawdzaj, jakie emocje wywołuje w Tobie dany tekst/wypowiedź, gdzie go czytasz, jaki masz stosunek do autora, z jaką myślą kończysz czytać tekst, a przede wszystkim – z jakim nastawieniem do przedstawianej sprawy. Zdziwisz się, jak bardzo jesteś podatny na retoryczne zagrania, pozawerbalne komunikaty, jak ulegasz konkretnym emocjom i z ich perspektywy dokonujesz oceny.

W każdym razie – życzę Ci (sobie zresztą też) uważności, intuicji i optymizmu, że może są jednak na tym świecie jakieś prawdziwe treści. A tymczasem  bądź czujny wobec tych innych.

Jeśli chcesz Krótką instrukcję, jak czytać mądrze, zapisz się na newsletter w pełni Wiankołaki.

Wysyłam go raz w miesiącu i zawsze dołączam specjalny dodatek dla subskrybentów.

W styczniu jest to graficzne podsumowanie artykułu – w sam raz na ściągę-przypominajkę.

Po zapisie masz też od razu dostęp do wszystkich wcześniejszych dodatków.

BIBLIOGRAFIA

A. Zięba, Językowe środki perswazji i manipulacji w informacjach prasowych na przykładzie Targów Budownictwa BUDMA 2008

G. Habrajska, Nakłanianie, perswazja, manipulacja językowa

Środki retoryczne

M. Tomaszewski, Książki, których nie ma

P. Dunin-Wąsowicz, Polska Biblioteka Widmowa. Leksykon Książek Zmyślonych

W jaki sposób weryfikować informacje znalezione w sieci

D. Kahneman, Pułapki myślenia

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *