fbpx
Dlaczego wierzymy tekstowi?
Artykuły,  Biznes i marketing,  Język,  Kultura,  Literatura,  Warsztat pisarza

Dlaczego wierzymy tekstowi? (Albo nie wierzymy?)

Autorzy lubią być czytani. Lubią też, jeśli im się wierzy i myśli tak samo jak oni. (To zresztą pragnienie nie tylko autorów tekstów, ale każdego człowieka). Przy tworzeniu książek, artykułów, postów sięgają więc po różne narzędzia, by tekst uwiarygodnić w oczach czytelnika. Warto od czasu do czasu podejrzeć warsztat pisarski i spojrzeć bliżej na proces powstawania tekstu oraz tego, jak oddziałuje na czytelnika. Przy czym wszystkie wymienione niżej narzędzia mogą też wywołać odwrotny skutek – brak wiary w postawione tezy.

Ostatnio trafiłam na tekst na blogu To tylko teoria (a wcześniej zapowiadający post w SM) i już po spojrzeniu na tytuł tknęło mnie złe przeczucie. Przeczucie sprawdziło się i o tym, jak można stracić zaufanie czytelników oraz jak nie powinno się pisać tekstów dotyczących rzeczywistości będzie mój wpis.

Na początek kilka zastrzeżeń

Po pierwsze – nie mam nic przeciw autorowi tekstu jako takiemu. Moje natknięcie się na artykuł nie było przypadkowe, bo obserwuje autora na Instagramie i czytam jego blog (może nie regularnie, ale czytam).

Po drugie – zdaję sobie sprawę z kontrowersji, jakie w środowisku psychologicznym wzbudza termin „wysoko wrażliwa osoba”. Nie jestem przeciwna temu opisowi ani go nie popieram. Może dlatego, że akurat nie identyfikuję się z „wysoką wrażliwością”.

Mój artykuł nie jest ani przeciw autorowi, ani za/przeciw wysokiej wrażliwości. Mój artykuł jest o sposobie prezentowania treści i o komunikacyjnych zagrywkach, które sprawiają, że wierzymy lub nie tekstowi.

Zacznijmy od ogółu

Jeśli wejdziesz w zakładkę „Kim jestem” i przeczytasz opis autora, nie masz wątpliwości, z kim masz do czynienia:

Łukasz Sakowski. Biolog z Poznania, bloger naukowy, współzałożyciel polskiego Marszu dla Nauki, organizator plebiscytu na Biologiczną Bzdurę Roku, absolwent biologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. 
Nazwa bloga swój początek zawdzięcza pospolitemu sloganowi to tylko teoria. Nic do niego nie mam słysząc go na co dzień, ale zdanie to uwielbiają wysuwać kreacjoniści i wyznawcy inteligentnego projektu jako krytykę teorii ewolucji biologicznej. Myląc teorię naukową z hipotezą. No bo ewolucja to tylko teoria, a nie coś udowodnionego! Ciekawe, czy tak samo sądzą na temat prawa powszechnego ciążenia, teorii względności albo teorii heliocentrycznej. Hm, kto wie, w USA odradzają się obecnie towarzystwa płaskiej Ziemi.

Już wiadomo, że autor jest popularyzatorem nauki, że bezlitośnie tępi wszelkie pseudonaukowe bzdury, że okrasza swoje teksty ironią, no i że jest dla ludzi.

Czytelnik skłania się ku wierze w jego teksty, widząc zakres jego działalności. Może się również odnaleźć w prześmiewczym stylu autora. I to jest ok, bo jedni lubią takie ironiczne podejście, inni wolą śmiertelną powagę. Grunt, żeby to miało sens.

Ja jestem okazjonalną czytelniczką bloga. Są teksty, które wiele mi wyjaśniły. Zasadniczo jestem pozytywnie nastawiona.

Nie tym razem.

Przejdźmy do tytułu

Osoby wysoko wrażliwe to tak naprawdę narcyzi? Nowe badania to potwierdzają

Co tu się zadziało?

Po pierwsze postawienie pytania – bardzo naukowe podejście. Stawiamy pytanie albo hipotezę (ta zazwyczaj jest w formie twierdzącej) i szukamy odpowiedzi lub sprawdzamy, czy hipoteza jest prawdziwa.

Natomiast już w drugiej części tytułu mamy odpowiedź na to pytanie Nowe badania to potwierdzają.

Tu z kolei po pierwsze pojawia się twierdząca odpowiedź na pytanie z pierwszej część. Tak – osoby wysoko wrażliwe to tak naprawdę narcyzi. Po drugie – sformułowanie „nowe badania” sugeruje, że wcześniej prowadzone były badania dotyczące tego pytania, że to nie jednostkowe pomysły naukowców, a w dodatku badania potwierdzające tę hipotezę są nowe, a w nauce, wiadomo, nowe jest lepsze od starszego.

Od razu mamy też ukierunkowanie w stronę oceny zjawiska tzw. WWO – wysoko wrażliwa osobowość. Osobowość narcystyczna to bowiem coś negatywnego, a więc zrównanie z nią WWO również czyni ją negatywnym zjawiskiem.

Zanim zaczniemy czytać artykuł, wiemy już właściwie wszystko i teraz pozostaje nam tylko sprawdzić, jak naukowcy dowiedli tej równości.

Na początku trafiamy zaś na takie wprowadzenie:

Klinicznie rzecz biorąc nie istnieje coś takiego, jak „wysoka wrażliwość” czy „osobowość wysoko wrażliwa”. Jednak termin ten zdobył dużą popularność w Internecie i rzesze osób, które się jako takie utożsamiają, zaczęły tworzyć swego rodzaju społeczność. Okazuje się jednak, że wiele zachowań, cech, motywacji i uczuć charakterystycznych dla „wysokiej wrażliwości” jest też typowych dla narcystycznego zaburzenia osobowości. Czyli klinicznej jednostki rozpoznawanej przez psychiatrów, psychologów klinicznych i psychoterapeutów. Nowe badanie, opublikowane pod koniec lipca 2022 roku w czasopiśmie naukowym „Journal of Clinical Psychology”, wspiera hipotezę o związku między narcyzmem a „wysoką wrażliwością”. Przyjrzyjmy się, kim są osoby wysoko wrażliwe i narcyzi i co ich łączy.

Mamy tu przeciwstawienie klinicznej, czyli zbadanej naukowo, jednostki zaburzenia osobowości, jaką jest narcyzm z modną w internecie społecznością osób wysoko wrażliwych.

Czujesz to zestawienie? Nauka vs internetowa społeczność. Poważny naukowiec vs rozemocjonowana laska. „Ale przecież ja tego nie napisałem!” – mógłby się oburzyć autor. Faktycznie – wprost nie ma wyrażonej takiej opinii. Ale oprócz mówienia wprost istnieje w komunikacji tzw. kontekst. I pewnie widziałaś ten mem:

Podobnie jest z kontekstem. On też ma znaczenie, jak zrozumiana zostanie wypowiedź. (A w przypadku rozmowy na żywo dochodzi tu jeszcze intonacja i wyraz twarzy).

W tym przypadku kontekst jest jasny. Mamy zdiagnozowane zaburzenie i  internetową modę. Nie, to nie nastawia pozytywnie do WWO.

Ale jest też smaczek w tym wstępie i nawet go wytłuściłam: nowe badanie „wspiera hipotezę o związku”. Przypomnę, o czym przeczytałaś w tytule „Nowe badania to potwierdzają”. „Wspierać hipotezę o związku” a „potwierdzać” to jednak coś zupełnie innego.

Założę się jednak, że czytając ten wstęp, nie zwróciłabyś uwagi na podkreślone sformułowanie, gdyby nie moja podpowiedź. I to nic złego. Ja też dopiero za drugim razem to zauważyłam. Zadziałał tu powiem cały kontekst akapitu. To zestawienie, o którym pisałam. Mocny tytuł, który już wywołuje u wielu osób skrajne emocje (od „ale będą mieć ból dupy” – to prawdziwy komentarz, po „czuję się skrzywdzony” – to również prawdziwy komentarz).

Autor jednak zapewnił sobie tym samym alibi, że on wcale nie napisał, że to to samo. Przecież jasno stoi „wspierają hipotezę o związku”. A tytuł? No wiadomo, że ma się klikać (to zresztą wypominali komentujący wpis na Instagramie).

Samo mięso

W rozwinięciu artykułu dostajemy informację o tym, na czym polegają wysoka wrażliwość oraz narcyzm. I tu znów pojawia się takie ułożenie treści, że czytelnik kończy akapit z poczuciem, że wysoka wrażliwość to jakaś ściema. (Ja naprawdę abstrahuję od tego, czy to ściema, czy nie. Chcę pokazać mechanizm tworzenia tekstu, który ma wywołać określoną reakcję).

Czym jest wysoka wrażliwość według autora?

Kim są „osoby wysoko wrażliwe”? Charakteryzują one siebie jako szczególnie wrażliwe na bodźce zewnętrzne i wewnętrzne. Są nimi często przytłoczone albo niezmiernie pobudzone. Uważają się za wyjątkowe, ale też pokrzywdzone przez los. Widzą siebie jako szczególną mniejszość, która musi mierzyć się z przeszkodami i żyć w niezrozumieniu ze strony społeczeństwa. Niejednokrotnie sądzą, że komunikacja miejska czy zwykłe, standardowe mieszkanie są dla nich „nieodpowiednie”. Mają predyspozycje do popadania w uczucie lęku lub w stany depresyjne.
Ponieważ naukowo i klinicznie rzecz biorąc nie udowodniono istnienia czegoś takiego jak „wysoka wrażliwość” czy syndrom „wysokiej wrażliwości”, to pojęcie to, jak widać, jest dość mocno rozmyte. Zostało ukute przez psychologów i poppsychologów, których dziś nazwalibyśmy raczej kołczami. Istnieją co prawda badania naukowe na temat tego zjawiska, ale nie jest ono ustrukturyzowane, ugruntowane naukowo, usystematyzowane i potwierdzone jako realnie istniejące. To trochę tak, jakby pojedyncze objawy jakiejś znanej choroby (lub kilku) wyodrębnić i bezpodstawnie uznać za nowy, szczególny syndrom.
Tak naprawdę każdy znajdzie w sobie coś z takiego opisu osoby wysoko wrażliwej. A mimo to istnieje grupa ludzi, których do takiej autoidentyfikacji ciągnie. „Z perspektywy klinicznej można uznać, że wysoka wrażliwość w znacznym stopniu pokrywa się z nadwrażliwym narcyzmem lub ogólnie wrażliwym narcyzmem” – piszą niemieccy i austriaccy naukowcy w nowej pracy badawczej.

Jakie mechanizmy występują w tym fragmencie i co wywołują?

Na samym początku autor używa sformułowań, które mają za zadanie potwierdzić, że wysoko wrażliwość to taka autodiagnoza nie mająca nic wspólnego z profesjonalną diagnozą psychologiczną czy psychiatryczną. Ot, ktoś sobie stwierdził, że jest WWO: „charakteryzują one siebie”, „uważają się za wyjątkowe”. Potem następuje opis przypadku, a następnie pojawia się stwierdzenie, że „naukowo i klinicznie rzecz biorąc nie udowodniono istnienia czegoś takiego jak «wysoka wrażliwość»”. Zostało „ukute przez psychologów i popsychologów”. Po przeczytaniu tych zdań w czytelniku ugruntowuje się przekonanie, że „wysoka wrażliwość” to ściema godna wlewów z witaminy C, a wymyślili je psycholodzy, którzy idą na łatwiznę i szukają poklasku tłumów. Wprawdzie sam autor przyznaje, że „istnieją co prawda badania naukowe” na temat WWO, ale nie są one „ustrukturyzowane, ugruntowane naukowo, usystematyzowane” – są „rozmyte”. Ten ładnie brzmiący ciąg na „u” składa się ze słów oznaczających porządek, schemat, klarowność – wszystko to, co kojarzy nam się z nauką w najlepszym wydaniu. A w teorii o WWO tego nie ma…

Co ciekawe, autor nie wspomina nigdzie (również w bibliografii) o tym, skąd dokładnie wziął się termin „wysoko wrażliwa osoba” i jakie to badania go dotyczą. Jako pierwsza ten rodzaj osobowości opisała dr Elein Aron, amerykańska psycholożka kliniczna. Nie popsycholożka, nie zwykła psycholożka, a naukowczyni. W dodatku prowadziła ona swoje badania wiele lat. Razem z mężem uznawani są za pionierów badania wrażliwości i miłości za pomocą funkcjonalnego rezonansu magnetycznego. Zdaję sobie sprawę, że wielu psychologów polemizuje z wynikami badań dr Aron (tu na przykład znajduje się ciekawy, krytyczny tekst dotyczący też wspomnianej psycholożki – jego autor wskazuje na pozytywne i negatywne strony tej teorii, jest bardzo krytyczny wobec książki dr Aron, jest prześmiewczy, ale nie ma tam manipulacji). Jednak brak wspomnienia o tym, skąd się wziął ten termin i na jakiej podstawie powstał, kojarzy się ze zwykłą manipulacją.

Zwłaszcza że zaraz potem następuje opis zaburzenia osobowości, jaką jest narcyzm, gdzie autor powołuje się dość szczegółowo na DSM, czyli Diagnostyczny i Statystyczny Podręcznik Zaburzeń Psychicznych. I znów – samo powoływanie się na ten podręcznik jest czymś normalnym i pożądanym. Ale zestawienie „jakichś nieusystematyzowanych badań” z objawami na podstawie Diagnostycznego i Statystycznego Podręcznika Zaburzeń Psychicznych działa oczywiście na korzyść tego drugiego.

Dalej mamy akapit, w którym autor zestawia ze sobą cechy WWO z narcyzmem wrażliwym (głównie) i podaje kilka ustaleń badaczy z dwóch badań. I tu okazuje się, że owe „nowe badania”, to po prostu drugie badanie przeprowadzone przez tych samych badaczy na podobnej grupie osób za pomocą ankiet. U źródeł tego badania leżało zauważanie przez naukowców dychotomii w społecznym postrzeganiu WWO (pozytywne) i narcyzmu (negatywne). Postanowili więc sprawdzić, czy rodzaj osobowości WWO ma coś wspólnego z zaburzeniem osobowości, jakim jest narcyzm. Wyszło im wiele korelacji. A jak wiemy (albo się dowiemy): korelacja to nie kauzacja. To, że jakieś zjawiska mają ze sobą coś wspólnego, wcale nie oznacza ciągu przyczynowo-skutkowego. W statystyce oczywiście istnieje coś takiego jako istotna korelacja, czyli taka, która rzeczywiście sprawia, że coś może być na rzeczy i być może tu taka zachodzi, ale akurat o niej w tekście nie ma ani słowa.

Najlepsze jest zakończenie

Poppsychologia kontra naukowa psychologia
Oczywiste jest, że jedno badanie nie rozwiązuje problemu. Nie odpowiada bezsprzecznie na pytanie, czy „osoby wysoko wrażliwe” to tak naprawdę narcyzi. Potrzeba kolejnych takich eksperymentów (również z realnym udziałem badanych, gdyż tutaj były tylko ankiety), a potem przeprowadzenia na ich podstawie metaanalizy.
Niemniej dla mnie badanie to jest symptomatycznym sygnałem, aby podążać za psychologią opartą na nauce, a nie za poppsychologią. Istnieje bowiem dużo takich popularnych pojęć, za którymi specyficzne osoby lubią się chować. Choć w rzeczywistości opisywane tak zjawiska mogą wcale nie istnieć lub być innymi, zidentyfikowanymi już naukowo zaburzeniami.

Pamiętasz tytuł tekstu? Osoby wysoko wrażliwe to tak naprawdę narcyzi? Nowe badania to potwierdzają. Na koniec okazuje się, że „nowe badania” to właściwie jedno badanie tych samych naukowców, a potwierdzają, to „Nie odpowiada bezsprzecznie na pytanie, czy «osoby wysoko wrażliwe» to tak naprawdę narcyzi. Potrzeba kolejnych takich eksperymentów (również z realnym udziałem badanych, gdyż tutaj były tylko ankiety), a potem przeprowadzenia na ich podstawie meta analizy”.

W dodatku w podtytule tego akapitu wciąż podkreślane jest, że WWO to wymysł popsychologów i nie ma nic wspólnego z naukową psychologią. I znów – wiadomo, że również badania prowadzone przez uznanych naukowców mogą być błędne (albo wnioski z tych badań, albo ich przebieg, dobór próby, cokolwiek). Jednak pomijanie tego, że za opisem WWO stoi psycholożka kliniczna i wiele lat badań uważam za nierzetelny opis rzeczywistości.

Autor ma jak najbardziej prawo uważać, że WWO stało się wytrychem dla wielu niezdrowych zachowań. Co więcej, jego rolą jako popularyzatora nauki jest przybliżanie badań niespecjalistom i pokazywanie różnych ich wyników. Natomiast sposób przekazania wyników badań nad podobieństwem cech osób wysoko wrażliwych z osobami narcystycznymi jest wybitnie stronniczy i, nie zawaham się użyć tego słowa, manipulacyjny.

Podsumowanie

Czy ja te wszystkie rzeczy zobaczyłam od razu? Nie. Ale już po pierwszym przeczytaniu tekstu wiedziałam, że jest w nim dużo manipulacji. Dokładniejsza analiza mi to potwierdziła. Warto od czasu do czasu sprawdzać w ten sposób zwłaszcza teksty popularnonaukowe czy publicystyczne i w ten sposób wyrobić sobie czytelniczą intuicję.

Co stało się ze mną, po przeczytaniu tego tekstu?

Po pierwsze się zirytowałam, że się mną tak manipuluje. Po drugie – moje zaufanie do autora osłabło. Na pewno jeśli chodzi o te problemy, na których się nie zna. Autor jest biologiem i przyznam szczerze, że jego artykuły z tej dziedziny wiele mi wyjaśniły. A co, jeśli w tematach zahaczających o przekonania czy światopogląd również dopuszczał się przemilczeń? Pewnie tak nie było. Nadal cenię sobie jego wiedzę. Ale tak skonstruowany artykuł sprawia, że zaczynają pojawiać się pytania.

Jeśli nie analizujemy w żaden sposób, dlaczego tekst działa na nas w ten, a nie inny sposób, wydajemy się na żer prostych emocji, którymi często jesteśmy rozgrywani przez speców od komunikacji. Widać było to w przypadku tego tekstu. W komentarzach pod postem na Instagramie, zapowiadającym artykuł, pojawiły się od razu wyrazy aprobaty i negowanie WWO w niewybredny sposób.

Warto od czasu do czasu zrobić sobie takie ćwiczenie na wyostrzenie czytelniczego wzroku.

Warto czytać świadomie.

Jeśli chcesz czytać bardziej zamiast więcej, zapraszam Cię do Szkoły Świadomego Czytania.

Więcej informacji znajdziesz, klikając na przycisk.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.