fbpx
Artykuły,  Kultura,  Literatura,  Rozmyświanki

Moje refleksje o wstępnym raporcie czytelnictwa w Polsce od Biblioteki Narodowej (2024)

*Bardzo świadomie nie stosuję w tym tekście wyróżnień (poza jednym), bardzo krótkich akapitów, nagłówków itp. Wspieram tym samym Twoją umiejętność skupiania się i rozumienia.

Czytam sobie coroczny raport Biblioteki Narodowej, ignorując lamenty nad tym, że Polacy nie czytają, bo co innego zwraca moją uwagę. Nie jest to zresztą coś nowego, bo podobne dane były w poprzednich latach.

Chodzi o to, że na stan czytelnictwa, na to, że w ogóle ludzie sięgają po książkę (nie teksty cyfrowe – artykuły, hasła encyklopedyczne) największy wpływ ma kapitał kulturowy i społeczny. Samo lamentowanie nic nie zmieni, jeśli systemowo, na ogólnym poziomie większość ludzi do owego kapitału nie będzie miała dostępu.

Najwięcej książek czytają osoby z wykształceniem wyższym i w większych miastach. I wcale nie dlatego, że są takie mądre. Badacze zwracają uwagę:

Najwięcej osób czytających książki znajduje się w miastach powyżej 500 tys. mieszkańców, czyli w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Łodzi i Poznaniu, najmniej na wsiach i w miastach co najwyżej dwudziestotysięcznych. Wiąże się to przede wszystkim ze strukturą wykształcenia i dominującymi rodzajami aktywności zawodowej mieszkańców poszczególnych typów miejscowości. Nie bez znaczenia jest także to, że w największych miastach najłatwiej natknąć się na miejsca, gdzie książki są sprzedawane lub wypożyczane, gdzie się o nich rozmawia, gdzie ich wizualne reprezentacje, na przykład reklamy, znajdują się w przestrzeni publicznej. Największe miasta to zarazem duże ośrodki akademickie, ściągające do siebie młodzież studiującą, a więc taką, która stanowi naturalną klientelę księgarni, antykwariatów, dyskontów
z książkami.

Czytanie nie jest dla nas, jako gatunku, czynnością naturalną, wymaga wysiłku i ciągłego podtrzymywania tej aktywności, żeby nie osłabła. Dlatego samo się nie przeczyta. Samo się nie namówi do czytania. Naturalna w dużych miastach ekspozycja na wydarzenia czytelnicze, plakaty reklamowe, informacje w gazetkach, księgarnie sprawia, że człowiekowi tam żyjącemu łatwiej jest sięgnąć po książkę. Nie musi jechać 20 km do sąsiedniej wsi czy miasteczka na spotkanie czy do biblioteki. Nie musi sam wyszukiwać interesujących go wydarzeń. Książka (fakt, że nie tylko ona) jest mu wręcz podtykana pod nos.

Podobnie dzieje się w domach rodzinnych. Dla dziecka, nawet takiego, które nie przepada za czytaniem, w którego domu były książki i gdzie widziało ono rodziców czy starsze rodzeństwo czytające, sięgnięcie po książkę, nawet w dorosłym życiu, będzie łatwiejsze niż dla osoby, która wychowywała się w domu ludzi nieczytających literatury. Takie dzieci nie dość, że muszą włożyć większy wysiłek w dotarciu do książki, to jeszcze często ich czytelnicze zacięcie nie jest doceniane.

Gdyby więc pokusić się o pomysły na ewentualne rozwiązanie problemu niskiego czytelnictwa, jednym z nich byłoby zwiększenie zasięgu wszystkich już obecnych w przestrzeni publicznej akcji dotyczących promocji czytelnictwa. Powtarzanie o wręcz konieczności czytania dziecku codziennie, o wartości lektury, podsuwanie różnych tekstów również dorosłym – wszystko to zacznie w końcu przynosić efekty jeśli będzie robiono wystarczająco długo i na dużą skalę. Nie ma opcji, że ludzie z niższym wykształceniem, z małych miejscowości i wsi zaczną gremialnie czytać sami. Czytanie i książka muszą zostać im podane na tacy, jak to się dzieje w dużych ośrodkach.

Nie chodzi również o same dzieci, ale również dorosłych, którzy nie widzą wartości w czytaniu literatury, tracąc tym samym umiejętność rozumienia tekstu nabytą w szkole.

Tak, czytanie niezrozumiałych, trudnych tekstów w wyższych klasach podstawówki i w szkole średniej ma sens. Dzięki temu młodzież poszerza swoje słownictwo, jest w stanie w związku z tym lepiej oddać słowami to, co dzieje się w nich i wokół nich. Rozumie również więcej.

To symptomatyczne, że w międzynarodowym badaniu kompetencji osób dorosłych PIAAC* w Polsce najlepiej ze zrozumieniem czytanego tekstu radziła sobie grupa w przedziale wiekowym 16-25 lat, a więc młodzież ucząca się i studiująca. Dlaczego? Bo oni są stale, przez edukacje, wystawiani na trudne teksty, muszą je czytać, a zatem ich mózg przyswaja więcej i trudniejsze słownictwo, budują się nowe połączenia neuronalne, czytają szybciej, łatwiej im to przychodzi. To wszystko działa na zasadzie sprzężenia zwrotnego – gdy czytasz dużo i nie tylko łatwe teksty, Twój mózg się rozwija, a zatem czytasz szybciej, bo nie zastanawiasz się nad co drugim słowem, idzie Ci to łatwiej, więcej rozumiej, znajdujesz więcej przyjemności w czytaniu, więc czytasz więcej i jeszcze bardziej różnorodnie, Twój mózg się rozwija… I tak dalej.

W przywoływanym badaniu, w polskiej grupie im ludzie byli starsi, tym gorzej radzili sobie z zadaniami. Moja, niepoparta niczym, poza intuicją i podstawową wiedzą, teza jest taka, że w tym badaniu widać jak na dłoni, że gdy znika przymus czytania trudniejszych tekstów, dorośli rozleniwiają się, czytają mniej, prostsze teksty, służące wyłącznie rozrywce, a co za tym idzie – coraz bardziej tracą umiejętności wypracowane w czasie swojej edukacji.

O tym, że tak jest świadczy również zestawienie najpopularniejszych autorów podawanych przez Polaków. Powieści kryminalne rzadko kiedy są trudne, wymagające. Przeważnie to odpowiednik XIX-wiecznej sztuki dobrze skrojonej, czyli teksty pisane według określonego schematu, takie, które łatwo wchodzą, ale równie łatwo z głowy wychodzą. Nie poszerzają one słownictwa, nie pokazują innej perspektywy, nie dotykają duszy.

Czytanie dla rozrywki jest ok. Czytanie tylko książek łatwych nie. Pisałam zresztą o tym w tekście Nie każde czytanie ma sens.

Przy czym, żeby było jasne, wybieranie spośród książek tych, które czyta się łatwo, to nie tylko kwestia czyjegoś lenistwa.

Po pierwsze, gdy dorosły człowiek pracuje po 12 godzin dziennie (czy to fizycznie, czy umysłowo), żeby w ogóle wiązać koniec z końcem, to raz, że rzadko kiedy po pracy ma ochotę na wysiłek umysłowy w postaci czytania czegokolwiek, dwa – jeśli już czyta, to sięga po literaturę mniej zobowiązującą. W społecznościach, w których czas wolny jest wartością i które stać na ten czas wolny, czytanie przychodzi łatwiej.

Po drugie – nie nauczono nas, dorosłych, na czym polega wartość czytania różnorodnego. O tym, jak to działa i dlaczego jest tak ważne dla mózgu i dla rozumienia siebie i świata dowiedziałam się jako osoba dorosła. Tłumaczymy dzieciom, dlaczego warto zdrowo się odżywiać, ruszać się, używać mniej ekranów. A czy wychodzimy poza „czytaj książki, żebyś nie był głupi”? Swoją drogą, co za głupi argument 😉 Powtarzanie pewnych informacji, niczym Sławomir Metzen podczas debaty prezydenckiej, jest trickiem starym jak świat na zakotwiczenie pewnych ważnych wartości. Nawet jeśli dziecko nie pojmie całej złożoności tematu, jak czytanie wpływa na mózg, to będzie miało z tyłu głowy informację, że to coś dobrego, lepszego od nieczytania i zawsze może sięgnąć po książkę.

Jak to kiedyś mądrze ujęła socjolożka Janina Bąk, od wyśmiewania jeszcze nikt nigdy nie zmienił poglądów. Nie chodzi zatem o to, by teraz z poczuciem wyższości lamentować nad stanem polskiego czytelnictwa albo wylewać dziecko z kąpielą i stwierdzać, że chwalenie się czytaniem to przejaw burżujstwa (też zresztą o tym pisałam w tekście Czytanie dużej ilości książek to przejaw klasizmu?). Co można zrobić?

Walczyć o biblioteki, o ich dobre wyposażenie, o godziwe wynagrodzenia dla pracowników; dbać o rynek książki, ale nie przez szczucie autorów na wydawców, ale przez uporządkowanie praktyk monopolistycznych kilku firm, wzbogacenie programów stypendialnych; rozszerzać akcje promujące czytanie i uświadamiające jego wartość; wspierać organizacje takie akcje robiące (np. Fundację Powszechnego Czytania).

Tak, to nie jest zyskowne, łatwe, wdzięczne. Ale jeśli coś ma się zmienić w naszym kraju, jeśli chcemy, żeby nasi sąsiedzi, znajomi, koledzy i koleżanki z pracy, współobywatele byli ludźmi świadomymi, takie działanie jest podstawą. A nie lamentowanie.

Każda z czytających osób może więc zrobić sobie rachunek sumienia i zapytać siebie: co zrobiłam, zrobiłem w mojej rodzinie, wśród znajomych, w swojej społeczności, żeby pokazać innym wartość czytania.

Nie trzeba wiele. Wystarczy, że podzielisz się tym, co ostatnio przeczytałaś/łeś i po prostu z serca opowiesz, co Cię zachwyciło lub zirytowało. I tak kilka, kilkanaście razy 🙂

* Co ciekawe, wiele osób w Polsce, po publikacji owego raportu, rozpoczęło kolejny lament nad głupotą polskiego społeczeństwa, w ogóle nie zaznajamiając się z uwagami do raportu lub je ignorując. A badacze jasno i pod każdym wykresem podkreślali, że polskie wyniki są niedoszacowane – raz, że grupa osób z wyższym wykształceniem, biorących udział w badaniu, była mniejsza niż to wynika ze statystyk ogólnopolskich, dwa, że Polacy opuszczali dużo zadań (badanie jest wykonywane na czas i można pomijać zadania), a badacze nie są w stanie stwierdzić, czy to dlatego, że owe zadania były za trudne, czy to dlatego, że Polakom nie chciało się wysilić… Wyniki raczej nie byłyby drastycznie inne, gdyby nie te obiekcje, ale raczej nie bylibyśmy na ostatnim miejscu, biorąc pod uwagę różne inne dane. No ale po internecie poniosło się, że Polacy są głupi i nie potrafią czytać ze zrozumieniem. Choć może to i racja, patrząc na to, jak został zinterpretowany raport 😉


O tym, jak czytanie działa na mózg, przeczytasz m.in. w tekstach na stronie Nauka To Lubię.


Jeśli spodobał Ci się ten tekst, możesz mi za niego postawić kawę 🙂 Kliknij w filiżankę.

zarys filiżanki

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *