Gdy słowo staje się bohaterem pierwszoplanowym: dramaty Séana O’Caseya i Tadeusza Micińskiego
Od czasu do czasu widzę w przestrzeni publicznej zarzuty recenzentów, krytyków czy innych osób zajmujących się literaturą, dotyczące rzekomych plagiatów. Pewnie część z nich ma sens. Bywa jednak i tak, że owi krytycy zapominają, że ludzie potrafią stworzyć bardzo podobne dzieła niezależnie od siebie z tego prostego powodu, że żyją w tych samych czasach, czytają te same lektury i mają te same przemyślenia o życiu. Mój artykuł, który ukazał się jakiś czas temu w „The Irish-Polish Society Yearbook”, pokazuje właśnie to zjawisko. Nie ma tu akurat mowy o żadnych podobieństwach fabularnych, jest za to dużo powinowactw myślowych u twórców z różnych krajów.
Abstrakt
Język tekstu kieruje uwagę odbiorcy w określone miejsca, implikując pewien sposób patrzenia, jak zauważa C.S. Lewis. Przyjrzenie się temu, jakie rozumienie świata implikuje język tekstu, jest szczególnie ciekawe w tekstach dramatycznych, w których to nie słowo jest podporządkowane działaniu, a działanie słowu. W mrokach Złotego Pałacu czyli Bazylissa Teofanu Tadeusza Micińskiego i Cock-A-Doodle Dandy Séana O’Caseya to dramaty rzadko grywane, przez wielu uważane za niesceniczne. Jednocześnie obaj autorzy widzieli swoje dzieła na scenie, co więcej, uważali je za ukoronowanie swoich teatralnych działań. Szukając klucza do scenicznych możliwości tych tekstów, warto sięgnąć do tradycji oralnej i w niej, jako praprzodku teatru, znajdować rozwiązania. Dramat Tadeusza Micińskiego realizuje opowieść mityczną, a nawet haggadę, czyli opowieść wyjaśniającą Święty Tekst, angażującą i ukazującą wpływ wydarzeń przeszłych na teraźniejszość. Forma ta była również związana z celebracją religijną. Świętą Księgą jest w przypadku Micińskiego Życie. U Séana O’Caseya, który swojej sztuce nadał podtytuł „tragiczna burleska”, dominuje żywioł śpiewu, przywodząc na myśl dziecięce i ludowe piosenki, w których kogut jest głównym bohaterem. Język obu dramatów jest nadmiarowy, niejednoznaczny, bardzo zróżnicowany. W pierwszym momencie wywołuje to wrażenie chaosu. Ale taki język wymaga od odbiorcy wyłączenia rozumowego odczytania znaczeń, a poddania się nastrojowi i emocjom. Wszystko to po to, by słowo doprowadziło odbiorcę do oświadczenia Życia w jego istocie – radości, wolności, zmysłowości. Nic więc dziwnego, że w obu sztukach to kobiety są wyrazicielkami Życia. W takim ujęciu teatr staje się misterium, religijnym widowiskiem, w które zanurzana jest jednostka i wspólnota. Słowo w dramatach Tadeusza Micińskiego i Seana O’Caseya, sztukach z pozoru trudnych do wystawienia na scenie, okazuje się drogą prowadzącą do uwolnienia teatru z formy, w której pozostawał przez wiele wieków. Obaj autorzy dążą do przywrócenia mu religijnego charakteru, ale chodzi im o religię Życia. Aktor nakłada maskę (prosopon), by widz nie skupiał się na przypadłościach, a dostrzegł istotę Życia i nim się zachwycił. Pojawiające się w pierwszym zetknięciu z Bazylissą Teofanu i Cock-a-Doodle Dandy niezrozumienie, daje szansę na wyjście poza ustalone teatralne i życiowe schematy, by w chwili dramaturgicznego przebudzenia nakarmić się siłą płynącą z prawdziwego Życia.
Cały artykuł można przeczytać w „The Irish-Polish Society Yearbook” 2023, vol. X.


