Artykuły,  Literatura,  Rozmyświanki

Futurystyczna wizja pracy historyka literatury za 100 lat

Czyli brak pracy…

Jakiś czas temu prowadząca na Ig profil @podrozdział wrzuciła swoje przemyślenia o teorii literatury i rozważań w niej na temat Autora w kontekście tekstów generowanych przez LLMy (czyli te wszystkie czaty określane ogólnie jako AI*). Ten post natychmiast uruchomił w mojej głowie kolejne rozważania dotyczące przyszłej pracy historyka literatury, czyli m.in. mojej.

Czym zajmuje się historyk literatury?

Jak sama nazwa wskazuje, historią literatury. Badacz taki nie sięga więc tylko do tekstu (jak, teoretycznie, nomen omen, teoretyk literatury), ale również do tego wszystkiego, co wokół. Analizując jakiś tekst, pochylam się nie tylko nad tym, co zapisane, ale również pytam: dlaczego; po co; kto; w jakich okolicznościach; w jakim kontekście; czy to; co wydarzyło się wcześniej w życiu autora, w życiu świata miało wpływ na tekst, a jeśli tak, to co to było i jak duży miało wpływ.

W skrócie: interesuje mnie nie tylko sam tekst, ale również wszystko, co wokół niego. Takie poszukiwania wydobywają wiele ukrytych smaczków, nieoczywistych rozwiązań. Oczywiście, trzeba być uważnym na nadinterpretację, ale od czego są inni badacze – zawsze, życzliwie lub nie, pokażą, gdzie się mylisz. W takiej pracy wykorzystuje się wiedzę z wielu dziedzin, łączy kropki, obala mity.

W swojej pracy, historyk literatury sięga nie tylko do tekstu już gotowego, ale również (i to jest konieczne): do rękopisów, różnych wersji tekstów, starając się ustalić, dlaczego doszło do zmian, skreśleń, nadpisań itp; do korespondencji; do innych tekstów z epoki lub wcześniejszych; do gazet; do plotek; do wspomnień autora i osób, które go znały lub przebywały w podobnym środowisku. Historyk literatury to często taki śledczy, który znajduje skrawek chusteczki naprowadzający go na mordercę – w tym przypadku odczytanie tekstu (które tak, czasem może go zamordować).

To teraz spójrzmy, jak cyfrowa rzeczywistość i AI zmienia moją pracę.

  1. Nie mam dostępu do rękopisów, bo ich nie ma… Większość twórców pisze od razu na komputerze (to nie pretensja, to zauważenie faktu, sama tak robię).
  2. Mam utrudniony dostęp do zmian w tekście, bo nawet gdybym chciała porównać w prowadzone zmiany, musiałabym mieć dostęp do dokumentu roboczego autora/autorki, dokumentów wydawnictwa, gdzie widać pracę redaktorską itp.
  3. Mam utrudniony dostęp do korespondencji, bo toczy się ona cyfrowo i dostęp do niej po śmierci autora/autorki jest utrudniony.
  4. Plotki były zawsze, ale teraz szum informacyjny jest tak ogromny, że odsianie prawdy od pogłoski staje się naprawdę trudne. Do tego dochodzą deepfake’y – wizualne i głosowe.
  5. Nie mam dostępu do notatek, zapisków w kalendarzu, bo to wszystko jest cyfrowe i na prywatnych kontach.

I ja wiem, że spadkobiercy mogą podzielić się tymi dobrami, ale cyfrowa rzeczywistość, paradoksalnie, zamiast ułatwiać, utrudnia dotarcie do materiałów źródłowych.

Nie mam rękopisu, na którym mogę śledzić zmiany. Nie mam korespondencji, w której autorzy dzielą się swoimi doświadczeniami również z pracy. Nie znam rytmu dnia, luźnych przemyśleń. Nie ma wspomnień w zapiskach innych osób. Nie mam źródeł. Mam sam tekst ostateczny. Ewentualnie wywiady z autorem/autorką.

Archiwum cyfrowe? Ale skąd? Z tych 5 laptopów, z których 2 są już dawno w elektrośmieciach? Ze smartfonów, które dzielą podobny los? Ze skasowanych dokumentów, których, no cóż, nie ma?

Autorzy zostawiają dziś ślady głównie cyfrowe. A te, prędzej czy później, znikają. Bo na przykład nie ma już urządzeń, na których można by odtworzyć choćby dyskietkę. Bo nie ma maszyn, które takie urządzenia tworzyły**. Bo jest coraz mniej ludzi, którzy potrafią wyłapywać konteksty, łączyć nieoczywiste kropki, szukać tam, gdzie to bezsensu i znajdować odpowiedzi. Bo nikt nie archiwizuje 15 wersji swojego tekstu.

Na szczęście dla mnie jako mnie, Agnieszki, w epoce, którą się zajmuję, a więc na przełomie XIX i XX w. rękopisy były na porządku dziennym, maszynopisy dopiero wchodziły. Mam co badać. Ale jak za 100 lat historyk literatury będzie mógł zbadać ostatnią twórczość Olgi Tokarczuk? Jak rozdzieli to, co jest jej wkładem, a co pochodzi od AI? Czy głównym narzędziem badawczym będzie program do znajdowania fraz wygenerowanych przez AI? A jeśli autor/autorka korzystali z modeli językowych tylko do burzy “mózgów”? Dlaczego dany model wygenerował taką, a nie inną podpowiedź? Co na niego wpłynęło***?

Nie wiem. Jak mawiała Scarlett O’Hara, pomyślę o tym jutro.

*AI to ogólna nazwa różnych programów, algorytmów, modeli stosowanych do różnych działań. LLMy – large linguistic models – czyli m.in chat GPT, Cloud, Gemini, Grok, BielikAI itp. to tylko jedna z części AI.

**Mała dygresja. Mój mąż opowiadał mi dużo ciekawych rzeczy dotyczących misji kosmicznych związanych z lotem na Księżyc. W latach 60. Amerykanie zbudowali rakietę idealną, zdolną dolecieć na naszego satelitę, a potem wrócić, a obecny projekt Artemis pochłonął już dużo więcej dolarów niż Apollo, a nadal nie są blisko. A nie da się odtworzyć tamtej rakiety choćby dlatego, że nie ma już tych podwykonawców, nie ma fabryk, w których produkowano te konkretne podzespoły, nie ma maszyn itp. Koło musi zostać wymyślone od nowa, bo ktoś kiedyś stwierdził, że stare do niczego się już nie przyda.

*** Tego nie dowiemy się nigdy. Nie jesteśmy w stanie jako ludzie dojść do tego, na jakiej podstawie model językowy wygenerował taką, a nie inną odpowiedź. Owszem, możemy znać teksty, którymi został nakarmiony, ale obliczenia, jakich dokonuje i na podstawie których generuje odpowiedzi, są poza naszym zasięgiem. Btw, posiadanie męża programisty przydaje się do współczesnych rozważań również historycznoliterackich.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *